Szkoła umierania.

Szkoła umierania

Kiedy patrzę wstecz na swoje życie, mam wrażenie, że bardzo często zachowywałam się jak rozkapryszone dziecko. Ja chcę teraz! Męża. Dzieci. Wydać książkę. Ja chcę. I już! Nieważne, co na to Bóg. Musi być po mojemu!

Za bardzo

Poniedziałek wieczór. Po wielu miesiącach noszenia w sobie narastającego bólu próbowałam porozmawiać z pewnym kapłanem. Zamiast rozmowy były cierpkie słowa i ostatecznie — zerwany kontakt.

Można spojrzeć na tę sytuację z perspektywy czysto ludzkiej. Problemy komunikacyjne narosły na tyle, że w momencie kryzysu nie dało się spokojnie porozmawiać. Psychologicznie można by było rozłożyć sytuację na czynniki pierwsze; przyjrzeć się obowiązkom, ale i prawom obu stron w relacji kapłan–wierny, sposobom wyrażania myśli, zachowaniom.

Dla mnie jednak ten wieczór był podwójnie ciężki; nie tylko dlatego, że po prostu poniosły mnie emocje.

Zrozumiałam, że z tą konkretną osobą wiązałam wiele nadziei, u tej konkretnej osoby szukałam słów pocieszenia, a Bóg już jakiś czas temu mówił: „Twoje serce jest ZA BARDZO przywiązane, zbyt mocno ufasz człowiekowi, a za mało Mi”. Jednak ja przez dobre dwa miesiące próbowałam tego nie słyszeć.

Plan minimum

Nasze pragnienia często są obiektywnie dobre. Chęć założenia rodziny — jako odpowiedź na odczuwane powołanie do bycia rodzicem. Chęć znalezienia lepszej pracy — aby móc utrzymać siebie, zadbać o codzienność swoją i innych. Doskonalenie się na ścieżce zawodowej, życiowej — by nie stać w miejscu, by stawać się lepszą wersją siebie. Pragnienie odpoczynku — aby odzyskać nadwątlone siły.

Mamy jednak w sobie pewne rozleniwienie, które sprawia, że często próbujemy w różnych sferach życia realizować plan minimum. Dla Boga zaś nie ma czegoś takiego jak plan minimum; jest za to plan rozwoju — na tyle duży, na ile pozwolimy Mu wkroczyć w naszą rzeczywistość.

Przypominam sobie, jak wiele lat temu zamiast uczyć się do matury i rozwijać liczne pasje, niemalże z obłędem w oczach szukałam „tego jedynego”. Gdy nie byłam w relacji, życie nie miało sensu. Gdy byłam — przeżywałam wzloty i upadki, które przesłaniały cały świat. Już wtedy poraniona życiowo, raniłam siebie jeszcze bardziej.

Po dziesięciu latach widzę, że potrzebuję dojrzeć do relacji. Nauczyć się dbać o siebie, poznać swoje potrzeby. Nauczyć się wyrażać te potrzeby. Uporać się z bagażem doświadczeń, by nie był obciążeniem dla mnie i dla drugiej osoby. Osobiste poukładanie jest niezwykle ważne, jeśli chce się być w zdrowym związku. To wszystko wykracza zdecydowanie poza mój plan minimum: „być w relacji”.

Czasem myślę — co by się stało, gdyby któraś relacja jednak „wypaliła”? Gdybym jednak, dzięki głupiemu uporowi, dopięła swego i była mężatką? Widząc ogrom uzdrowienia, jakie teraz otrzymuję od Boga zastanawiam się, czy przypadkiem moje osobiste zranienia nie rozwaliłyby stworzonej na siłę relacji, która miała spełniać marzenie bycia z kimś. A przecież w relacji nie chodzi o realizację marzenia o białej sukience, ale o spotkanie dwóch osób ze sobą i z Bogiem.

Tupanie

Ostatnio często wydaje mi się, że nie mam już siły do dalszej walki. A Bóg mówi — masz! Potem zazwyczaj następuje seria trudnych dla mnie wydarzeń, z którymi próbuję sobie poradzić. I nagle okazuje się, że i potrafię znaleźć w tym chaosie czas na odpoczynek, i potrafię zadbać o swoje potrzeby, a nawet służyć bliźniemu. Każda z tych rzeczy jest czymś, czego nauczyłam się w trakcie kolejnych zmagań. Jest to efekt ciężkiej pracy i współpracy z Bożą łaską.

Gdy wróciłam do domu po ponad trzech tygodniach nieobecności i dowiedziałam się, że mam dwa dni na wyprowadzkę (remont rozpoczął się wcześniej niż przewidywano) w pierwszej chwili myślałam, że nie dam rady. Ale potem pojawił się spokój. Dzięki pomocy życzliwych osób w pół dnia przygotowałam mieszkanie do remontu. Następnego dnia spakowałam rzeczy najpotrzebniejsze i bez większych problemów przeniosłam się.

Oczekiwałam odpoczynku po powrocie, a w zamian pojawiły się kolejne zmagania. Mogłabym tupnąć nogą i powiedzieć — ale Panie Boże, jestem zmęczona, niewyspana, mam zaległości w pracy, a tu jeszcze remont?! Nie znam jednak Jego planów, Jego zamierzeń. Mogę się tylko domyślać, że to kolejny krok na drodze zaufania, do którego zaprasza mnie Bóg. Zaufania, że niezależnie od okoliczności On jest, gotów, by obdarzyć mnie potrzebnymi łaskami — siłą, spokojem, wytrwałością. Są to tylko moje domysły, nie muszą być prawdziwe. Ostatecznie zostaje zaufanie, w końcu:

„Myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – mówi Pan. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje nad waszymi drogami i myśli moje nad myślami waszymi.” (Iz 55, 8-9).

Szkoła umierania

Każda taka sytuacja jest w jakiś sposób szkołą umierania. Szkołą umierania dla własnych wyobrażeń, wizji, pomysłów. Dla planów, zamierzeń. Mogę przyjmować te zdarzenia z wściekłością, boksować się z rzeczywistością, a mogę zaufać i działać. Spróbować dostrzec, czego chce mnie w tej sytuacji nauczyć Bóg? Co chce mi pokazać? Na co chce zwrócić moją uwagę?

Tak bardzo chciałabym porozmawiać szczerze ze wspomnianym kapłanem. Widzę jednak, że do szczerej rozmowy potrzeba jeszcze trochę czasu. Potrzeba, abym pewne rzeczy w sobie przepracowała. Do innych nabrała dystansu. Abym nauczyła się prostoty w komunikacji. Abym jasno nazywała przed sobą własne emocje — choć do tej pory często udawałam, że one nie istnieją, a te narastały do momentu, gdy w przypadkowych sytuacjach eksplodowałam.

Choć sytuacja nie była przyjemna dla żadnej ze stron, widzę w niej konkretne zadanie dla siebie. Zadanie wzrostu. Umierania dla myślenia: „a po co się zmieniać, lepiej stwierdzić że druga strona nie ma racji”. A przede wszystkim lekcję umierania dla własnych chęci, przez które próbowałam uczepić się nadziei ludzkiej, choć tę Bożą nadzieję miałam na wyciągnięcie ręki.

Próbując walczyć o to, by w tej sytuacji było „po mojemu”, zraniłam drugiego człowieka.

Umieranie nie jest złe.

Umieranie wcale nie jest takie złe. Przeraża, ale tylko do pewnego momentu. Z czasem człowiek uczy się zawierzenia, zaufania, a umieranie — choć boli — traci swoją grozę. Wychodzenie z rzeczywistości „tego świata” staje się wchodzeniem w rzeczywistość raju — przestrzeń zmartwychwstania. W niej pojawia się radość ze zmiany, z Bożej bliskości, z doświadczania nieba — na tyle, na ile możemy go doświadczać po tej stronie.

Umieranie jest wręcz konieczne do rozwoju. Stare nawyki ustępują nowym — coś musi zniknąć, by mogło pojawić się coś nowego. Dopóki coś w nas nie umrze, nie możemy stawać się bardziej sobą. Każda nasza mała i większa śmierć w codzienności daje przestrzeń do działania, dzięki której możemy wydać owoce Bożej łaski:

„Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity.” (J 12, 24)

A gdy pojawia się plon, zaczynamy dostrzegać, że szkoła umierania jest tak naprawdę szkołą życia i zmartwychwstawania.

Natalia Świt. Właściwie nazywa się inaczej, ale woli nazywać się tak. I kropka. Wyczytuje literki z każdej książki, która wpadnie jej w ręce. Nałogowo pije herbatę i śpi. Jeszcze nie wie, czy ma zamiar zostać światowej sławy pisarką, zapracowaną dziennikarką, wziętym informatykiem, a może skromnym psychoterapeutą? Uwaga! Śpiewa, spacerując po Warszawie.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.