O. Jacek Salij OP. Teksty wybrane.

Ojciec Jacek Salij, „nadzwyczaj skromny łobuz” zgodził się udostępnić teksty Magazynowi Dobrych Treści. Zaszczyt i radość! Dziękujemy i imieniu swoim i czytelników!


Biografia

*framgenty artykułu autorstwa Zofii Fenrych, Nadzwyczaj skromny łobuz.

______

Jacek Salij urodził się 19 sierpnia 1942 r. w Budach na Wołyniu, w okolicach Dubna, Krzemieńca i Beresteczka, jako drugie dziecko Józefa Salija i Agnieszki z domu Ostolskiej. Na chrzcie otrzymał imię Eugeniusz, obecne zostało mu nadane w zakonie.

W 1943 r. Salijowie zostali wypędzeni z Wołynia i trafi li na Śląsk (wioska Wiry pod Świdnicą) do niemieckiego obozu pracy (nie był to jednak obóz koncentracyjny). Dzięki temu być może uniknęli losu tysięcy Polaków, którzy zginęli z rąk ukraińskich nacjonalistów. Mimo to, obraz Ukraińca-banderowca był w rodzinie bardzo żywy i jednoznacznie negatywny, choć istniały również wspomnienia o kilku sąsiadach „sprawiedliwych”.

Dominikanin stwierdził, że jemu samemu „dzięki łasce Bożej” udało się jakoś oddzielać tę postać od zwykłego Ukraińca, ale wcześniejsze pokolenie w rodzinie tego nie potrafiło i była to ich ogromna zadra.

Gdy w styczniu 1945 r. zbliżał się front, więźniów obozu wypędzono do Czech. Droga była koszmarem zarówno dla wypędzanych Polaków, jak i Niemców. Szczególnym utrudnieniem była ostra zima. W pamięci o. Jacka pozostało zdanie matki, że po drodze zmarły wszystkie dzieci, i polskie, i niemieckie, z wyjątkiem małych Salijów. Uratować ich miało małżeństwo niemieckich staruszków, które zabrało całą rodzinę do siebie do domu.

W samych Czechach było im już łatwiej, głównie dlatego, że Józef znał dobrze język czeski. Salijowie zostali wyzwolenie przez Amerykanów, gdy znajdowali się w pobliżu Pragi. Żołnierze namawiali ich na wyjazd do Stanów Zjednoczonych, twierdząc, że nie będą mogli już wrócić do siebie. Salijowie zdecydowali się jednak na wyjazd do Polski. Z dużymi trudnościami dotarli do Krakowa, gdzie zrozumieli, że rzeczywiście nie ma szans na powrót na Wołyń. Postanowili osiedlić się na Dolnym Śląsku, w Piławie Dolnej pod Dzierżoniowem.

Ojciec Salij miał więc trzech braci i pięć młodszych sióstr. Przy kilku dzieciach ciążę Agnieszki Salij uznawano za zagrożoną i bardzo namawiano ją na aborcję. Tak było przy Bożenie, Barbarze oraz Krzysztofie. Matka Salijów nigdy się na to nie zgodziła. Według s. Bożeny Salij dwójkę swoich dzieci dosłownie ofiarowała Bogu – jak się okazało, oboje wybrali drogę zakonną. Na podstawie relacji rodzeństwa Salijów można wysnuć wniosek, że w wyniku wczesnej śmierci najstarszej siostry i późniejszych problemów z ciążami z niezwykłym szacunkiem traktowano każde życie i witano je z radością. Prawdopodobnie to również miało wpływ na dominikanina i jego zaangażowanie w obronę nienarodzonych.

Dla rodziców Salijów ważne było wykształcenie swoich dzieci. Jak stwierdził o. Jacek, „mieli niewiarygodny szacunek dla zdobywanej wiedzy”. I mimo że była to rodzina wielodzietna, w której do statusu zamożnej zawsze wiele brakowało, wszystkie dzieci zdobyły wyższe wykształcenie. Siostra Bożena Salij wspominała rodziców jako zaradnych, w sprycie i kreatywności szczególnie celować miała mama. Byli rolnikami, ale nigdy przesadnie nie angażowali w swoją pracę dzieci. Ważniejsze dla nich było, by te się kształciły.

Sam o. Jacek twierdził, że nie lubił się uczyć, szczególnie w liceum, aczkolwiek szkołę jako taką bardzo lubił. „Obowiązywał pogląd, że jeśli chłopak się uczy, to znaczy, że jakiś zbabiały jest. Od uczenia się są dziewczyny”. Jego rodzeństwo zapamiętało jednak, że bardzo dużo czytał.

Przyjechał na targi, wstąpił do dominikanów

W 1957 r. rodzicie pozwolili mu samemu pojechać na Międzynarodowe Targi Poznańskie. Nie one były jednak rzeczywistym celem piętnastoletniego wówczas chłopaka. Okazał się nim klasztor dominikanów. Eugeniusz przerwał naukę w liceum ogólnokształcącym w Dzierżoniowie, postawił nie do końca zadowolonych rodziców przed faktem dokonanym i wstąpił do zakonu.

Krzysztof Salij stwierdził, że jego brat miał pełną akceptację bliskich dla swojego powołania. Jednak sam dominikanin opowiadał, że ich reakcja nie była bardzo optymistyczna, raczej zachęcali go do ponownego zastanowienia się i nakazywali powrót do domu, gdy tylko okaże się, że nie jest to jego droga.

Dlaczego wybrał dominikanów, z którymi dotąd nie miał specjalnego kontaktu? Sam na to pytanie odpowiedział następująco: „Myślę, że do dominikanów wstąpiłem z tych samych powodów, z których codziennie chodziłem na Mszę – czyli sam nie wiem, dlaczego”. Opowiadał też o książce radzieckiego historyka, w której ten przedstawiał w bardzo negatywny sposób historię średniowiecza, ale zaznaczył, że byli wówczas uczeni, choć pokrzywieni i o niesłusznych poglądach, to wybitni. A największym z nich był Tomasz z Akwinu. „Był to moment, w którym nabrałem wielkiego respektu dla tego zakonu”.

Już w zakonie o. Jacek skończył przerwane liceum i zdał maturę. Jak sam twierdził, dopiero w zakonie zaczął przykładać się do nauki, ale też nie wiązał z nią swojego powołania. Myślał o wykorzystaniu zdobywanej wiedzy w katechezie, w duszpasterstwie i w zwyczajnej pracy parafialnej. Wtedy też zaczął prowadzić swoją słynną fiszkarnię, dzięki której błyskawicznie potrafi znaleźć odpowiedź na dręczące jego podopiecznych pytania, opatrując ją odpowiednim cytatem z Pisma Świętego czy ojców Kościoła.

Prócz udziału we własnych studiach klerycy dominikańscy uczestniczyli także w spotkaniach w ramach duszpasterstwa akademickiego i Klubu Inteligencji Katolickiej w Poznaniu. Zapamiętane zostały także rekolekcje akademickie prowadzone przez nowo wyświęconego biskupa krakowskiego, Karola Wojtyłę. Młodzież DA pod opieką o. Joachima Badeniego OP spotkała na wyjeździe wakacyjnym grupę studentów prowadzoną przez profesora Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, właśnie Wojtyłę. Wtedy umówili się na rekolekcje, na które przyjechał on już jako biskup. Ojciec Jacek wspominał, że nie były to łatwe nauki, bp Wojtyła używał bowiem trudnego języka filozoficznego.

Wśród znajomych o. Salija znany, choć niejasny, jest fakt, że próbowano go wyrzucić z zakonu. Było to w 1963 r., jeszcze przed ślubami wieczystymi. Sam o. Jacek nie znajdował żadnych szczególnych motywów takiego potraktowania. Nie usłyszał od nikogo z przełożonych obiektywnych powodów, poza tym, że „prawie wszystkim wydaje się”, że nie nadaje się on do życia zakonnego. Okazało się, że słowo „prawie” było tu kluczowe. Sam o. Salij nie zrobił nic w swojej obronie, nie prosił o zmianę decyzji, nie odwoływał się do generała dominikanów – mimo przekonania, że jest to jego droga. Jedyne, co zrobił, to „nie obraził się na zakon”.

Na szczęście ujęli się za nim inni współbracia oburzeni na takie jego traktowanie. W końcu został dopuszczony do złożenia ślubów wieczystych, co nastąpiło 29 listopada 1964 r. Nie był to koniec jego problemów. Również do święceń kapłańskich został dopuszczony pół roku po swoich braciach. W końcu napisał do prowincjała z prośbą o konkretne przyczyny tej zwłoki, a jeśli nie ma obiekcji, to żeby wyznaczył datę święceń. Prowincjał natychmiast wydał na nie zgodę. Odbyły się w rodzinnej Piławie 25 grudnia 1966 r. W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia o. Jacek odprawił tam swoje prymicje.

Rzeczywiste przyczyny takiego traktowania zakonnika nie są oficjalnie znane. W całej sprawie sporo jest plotek, przykrych dla o. Jacka i samego zakonu. Dominikanin nikogo nie oskarżył, a cała sytuacja, choć bezsprzecznie trudna dla niego, umocniła go zarówno w wierze, jak i powołaniu.

Jak ojciec Jacek teologiem został

Jak to się stało, że niechętny do dalszego rozwoju naukowego zakonnik, stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych teologów w Polsce? Według samego o. Jacka fakt, że kontynuował studia, był wynikiem „eksperymentu na żywych ludziach”, wynikającym z wprowadzanych w całym Kościele i również w zakonach reform Soboru Watykańskiego II. Pomysł pochodził z Francji, a polegał na dodatkowym roku, tzw. tirocinium. Miało ono służyć dalszemu przygotowaniu merytorycznemu młodych kapłanów przed skierowaniem ich do pracy duszpasterskiej.

Dla o. Jacka wspomnienie tego czasu jest niemal jednoznacznie negatywne, ale, jak się okazało, pozytywnie wpłynął on na jego pracę naukową. Broniąc się przed „nicnierobieniem”, zaczął pracować nad wybranym tematem. Dzięki pomocy o. Władysława Skrzydlewskiego OP i za zgodą ówczesnego prowincjała o. Krzysztofa Kasznicy OP udało mu się obronić pracę magisterską w ciągu roku (w czerwcu 1969 r.). Równolegle pracował nad pracą doktorską, pisaną pod opieką o. Henryka Bogackiego SJ. Tę obronił w czerwcu 1970 r. Od razu otrzymał stanowisko na Akademii Teologii Katolickiej, najpierw asystenta, potem adiunkta. Na tej uczelni uzyskał także habilitację (1979) i profesurę (1991)

Tymczasem jednak rozpoczął inną działalność, która jest nie mniej ważna w jego życiu. Zaraz po uzyskaniu stopnia magistra został skierowany do pomocy o. Tomaszowi Pawłowskiemu OP w krakowskim ośrodku duszpasterstwa akademickiego „Beczka”. Istniał on już wówczas pięć lat i miał duże wsparcie arcybiskupa krakowskiego Karola Wojtyły.

Autorka powieści Abba Motylion oraz scenariusza radiowego pod tym samym tytułem. Redaktor naczelna magazynu DOM MARIAM, właścicielka firmy Dom Mariam z Galilei. Pracowała jako wykładowca na warszawskim Colegium Civitas, trener dla Fundacji Nowe Media, wydawca programów radiowych w RMF FM, dziennikarka dla PR Katowice. Prowadzi warsztaty dziennikarskie dla młodzieży, koordynuje projekty dla oo. dominikanów w Ustroniu - Hermanicach. Zarząca stronami firm na Facebooku oraz witrynami www.