Aktualności

Prewencja cierpienia, czyli nasz mały „endlösung”.

Kije w mrowiska.

Aborcja.

Nie chcemy cierpienia. A domaganie się eutanazji i aborcji jest tylko wyrazem naszej bezradności.

Photo by Paras Goyal on Pexels.com

Projekt “Życie” charakteryzuje duża ilość zmiennych.

Będę upraszczać. Uproszczę jednak po to, żeby uwypuklić tendencje. 

Projekt “Życie” charakteryzuje się dużą ilością zmiennych. Niestety, wiele z tych zmiennych przynosi niechciane rezultaty. Jednym ze sztandarowych, niepożądanych skutków ubocznych życia jest cierpienie. Zatem, czy nie jest czymś pożądanym kontrolowanie ilości tegoż? Ból głowy – tabletka, krzywy nos – operacja, chore dziecko – aborcja, starość – eutanazja. 

W wielu krajach dwa ostatnie rozwiązania są na porządku dziennym. Bywa, że aborcję lub eutanazję przeprowadza ktoś niekompetentny, albo ktoś, kto po prostu się pomylił. Pamiętamy maksymę: “errare humanum est”. Ale my jednak wolelibyśmy ludzi, którzy mniej błądzą. Podobnie, jak wolelibyśmy dzieci, które nie chorują. Dlatego opcja wyboru wydaje się być bardzo logiczna. Naturalna. Myślenie projektowe niesie jednak ze sobą spore ryzyko.

„So many things are possible just as long as you don’t know they’re impossible.”

„Tak wiele rzeczy jest możliwych, dopóki nie wiesz o tym, że są niemożliwe.”

— Norton Juster

Prewencja

Gdyby nasi dziadkowie myśleli o swoim życiu projektowo, chcieli przeprowadzić ten projekt tak, żeby wyeliminować zn niego słabe ogniwa, smutki, godziny przepłakane, strach i siwe włosy to…

Po analizie SWAT (Strengh, Weaknesses, Opportunities, Threats) mogliby porzucić realizacje projektu : dzieci. Nas natomiast mogłoby dziś nie być. Nie miałby kto protestować, nie miałby kto domagać się możliwości abortowania projektu “Nowe Życie”. Gdyby nasi dziadkowie wiedzieli, co wyrośnie z naszych rodziców, jakie problemy ci będą im sprawiali, ile ich będą kosztowali, ile razy trzeba im będzie rezygnować z własnego komfortu, żeby tych naszych rodziców jakoś wspierać to całkiem możliwe, że ani ja bym tego nie pisała, ani ty, drogi czytający, byś tego nie czytał. 

Co byłoby, gdyby o wszystkich przewlekłych chorobach i trudnościach w naszym życiu poinformować nas lub nasze matki na samym starcie? 

Ja i wielu innych ludzi przewlekle choruje. Często choroby te przysparzają potężnej dawki cierpienia nam i naszym bliskim. Cierpi matka, cierpi ojciec, cierpi otoczenie. A jednak ci chorzy poważnie ludzie to częstokroć ludzie wspaniali, mężni, czasem też bardzo mądrzy.

Muszą żyć. Przepraszam. Póki co, chcą żyć. To ich życie, poza tym, że przysparza trosk, jest źródłem radości. Co byłoby gdyby o wszystkich przewlekłych chorobach, o problemach, rozwodach, o mało spektakularnym i trudnym życiu poinformować nas lub nasze matki na samym starcie. 

Czy nie wybralibyśmy opcji lepszej? Mniej problemowej? Gdyby w ofercie dostępne były dzieci bez problemów, takie genetycznie modyfikowane dzieci, może wybralibyśmy właśnie te?

To be or no to be…

Wyobraź sobie, że medycyna jest na takim stopniu zaawansowania, że przy pierwszym badaniu wiadomo, że twoje dziecko ma 80 % szans na ciężką depresję, może odziedziczyć po tobie również podatność na uzależnienia. Lekarze stwierdzają z dziewięćdziesięcioprocentową pewnością, że będzie miało przynajmniej jedną próbę samobójczą, najprawdopodobniej dwa razy się rozwiedzie lub porzuci partnera, będzie w związkach hetero- i homoseksualnych. Według badań prawdopodobnie umrze w wieku lat sześćdziesięciu i nigdy nie zrobi kariery. Będzie żyć od pierwszego do pierwszego.  Jest też spora szansa, że będzie rozwijało się wolniej, będzie niskie, raczej pulchne i podatne na infekcje. Tak mówią lekarze. Stajesz przed dylematem. Tak przynajmniej przedstawia się to w tej chwili. 

Opcja jest taka: trzeba by zgodzić się na całą masę cierpienia. A Ty, właśnie teraz, możesz to cierpienie wyeliminować. Wyeliminować z życia nienarodzonego jeszcze dziecka i oczywiście tym samym ze swojego życia. 


Ilu z nas siedziałoby teraz i czytało artykuły, protestowało, podpisywałoby ustawy, lajkowało albo nie. Niewielu. Prawdopodobnie, żeby oszczędzić sobie i potencjalnym “nam” cierpienia, nasze matki nie zdecydowałyby się nas urodzić. Ale, przepraszam,  może jesteś jednym z tych ludzi, którzy nie sprawiają problemów a ich życie jest pozbawione porażek, chorób, słabości. 

Nie chcemy cierpienia. A domaganie się eutanazji i aborcji jest tylko wyrazem naszej bezradności.

Nie wiemy, nie potrafimy żyć z cierpieniem. Nie chcemy z nim żyć. Mimo tego, że rozum podpowiada, że cierpienia w projekcie “Życie” uniknąć się nie da. Dopadnie nas. Jeśli nie z tej, to z innej strony.

I dobrze. W cierpieniu wykuwa się męstwo. Jacy by z nas byli szefowie, dziadkowie, żołnierze, jacy liderzy, jacy rodzice, gdybyśmy próbowali być ludźmi nie konfrontując się z podstawowym elementem człowieczeństwa?  


Na koniec podkreślę dwie kwestie.

W tej krótkiej refleksji nie posługuję się argumentem wiary. Robię to celowo. Ostatnio każdy wybór zaczyna być sprawą polityczno-religijną. Zapominamy o tym, że istnieje też logiczne myślenie. Zatem próbuję użyć go tutaj.


Staram się argumentować z pozycji logiki. Po drugie: chcę odnieść się do aspektu psychologicznego. Do naszych mechanizmów wyparcia, ucieczki, lęku, agresji wobec bezradności. Czasem “ignorance is a blessing”. Niewiedza bywa błogosławieństwem. Możliwe, że gdyby zaopatrzyć przyszłe matki w wiedzę dotyczącą wszystkich prawdopodobnych chorób i problemów ich dzieci, to tych dzieci by nie było lub byłoby ich bardzo niewiele.

Póki co jesteśmy ludźmi. Objawy tego stanu rzeczy są często bolesne. Tak. Jesteśmy ludźmi. I to jest źródło naszych największych problemów, ale i źródło najpiękniejszych decyzji i dzieł. 

Próba wyeliminowania niechcianych elementów z naszego życia wydaje mi się bardzo, ale to bardzo niebezpieczna.

„Pachnie” pragnieniem stworzenia “Übermensch’a”. Nasze usilne domaganie się prawa do kontrolowania wszystkiego i eliminowania tego „niepożądanego” przypomina pragnienie “ostatecznej eliminacji” pewnej grupy ludzi.

Taki kierunek myślenia przypomina próby stworzenia ostatecznego rozwiązania naszego odwiecznego problemu. Problemu cierpienia. A to, co zaczniemy nazywać cierpieniem i jak zaczniemy je eliminować jest tylko kwestią wtórną. Ale brzemienną (sic!) w skutki.


Kotrolę najczęściej sprawują silni. Ale kiedyś i oni przestaną być mocni. Jeśli wtedy legalna już będzie eutanazja, to może silni zdecydują się uciec przed bezsilnością. Będą mieli prawo wyeliminować siebie z życia. 



Często nie potrafimy unieść cierpienia. Próbujemy je kontrolować i ograniczać. 

Dlatego podziwiam wszystkich rodziców, którzy trwają przy swoich chorych dzieciach. Rodziców, którzy, mimo braku perspektyw na bezproblemowe lub mniej problemowe z nimi życie są ze swoimi dziećmi w każdym momencie.

Dziękuje im, że nie sugerują dorosłym dzieciom eutanazji (przecież są kraje, gdzie można). Dziękuje. Za każda minutę im poświęconą. Tak wykuwa się szlachetność, piękno, prawdziwa odwaga i męstwo.

 Drżyj, niewiasto. 

Świat okrutny.

Przyszłość nie chce się dać złapać.

Ty spokoju chcesz,

Świat butny,

Niepewnością straszy, macha.

Drżyj niewiasto.

Ona nie drży.

Ona krzyczeć już zaczyna.

Prawa nie mam

Już do śmierci.

Chcą mnie zmusić do cierpienia.

Ty im nie dasz.

Ty pokażesz.

Oni wszyscy ogłupieli.

Bierzesz sztandar.

Na ulicę.

Ale… 

Dorwałą Cię właśnie rwa kulszowa i, kurczę pieczone, nie możesz się ruszyć.

„Może następnym razem.

Jak trochę poćwiczę.”

O autorze

Pomysłodawczyni i redaktor internetowego Magazyn Dobrych Treści (www.dommariam.com). Autorka tekstów (współpracuje z portalami DEON, eKAI) i redaktor treści internetowych. Storytellerka, czyli profesjonalna "opowiadaczka historii".
Koordynatorka trzech edycji Letniej Szkoły Biblijnej. wydawca programów radiowych (RMF FM), reporter (Polskie Radio KatowiceLife Festival Oświęcim), trener organizacji pozarządowej dla Fundacji Nowe MediaZarządza stronami firm na Facebooku. Prowadzi webinary, kursy językowe online, tworzy filmy edukacyjne.

Dodaj komentarz