round window view of the oceanabbamotylion

Abba Motylion i…1-10

Początki. Dla odświeżenia, przed kolejnym odcinkiem serii drugiej.

Abba Motylion był starcem o wielkim sercu, silnym duchu i ….bardzo słabym wzroku. Jego twarz jaśniała łagodnością, a oczy – przenikliwością. Myślał i modlił się nieustannie. Mówił rzadko. Kiedy mu się to jednak zdarzało były to wypowiedzi w swojej formie bliższe haiku. Częstokroć do podsumowania mętnego wywodu uczniów, abbie wystarczało jedno słowo. Dłuższe wypowiedzi starzec zachowywał na szczególne okazje. Łagodność, przenikliwość i mądrość starca były znane w kraju i poza jego granicami. Do abby Motyliona ciągnęły wielkie szychy z metropolii i małe myszki z okolicznych wiosek.

Starzec jednakową miłością ogarniał i szychy, i myszki. Po kilku minutach najsmętniejszy dyrektor fabryki z milionem nierozwiązywalnych problemów wychodził od abby z twarzą jasną i równie jasnym planem na następne miesiące.

Wyczerpana matka piątki dzieci z gospodarstwa nieopodal pustelni po wizycie u abby wychodziła z zapasem energii i radości na dalsze zmagania z niesforną domową gromadką. Do starca dobijali się też młodzi i nieco starsi adepci życia monastycznego, którzy z całego serca pragnęli zostać uczniami wielkiego i świętego starca. Jednym z nich był Papillon. Abba Motylion widywał Papillona wielokrotnie modlącego się godzinami. Papillon przyjeżdżał na rowerze wcześnie, kiedy drzwi kaplicy były jeszcze zamknięte. Chodził wtedy z czotką w ręku i mruczał słowa modlitwy jezusowej.

-Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego, zmiłuj się nade mną grzesznikiem…… 

-Ty już tutaj?! Wchodź! – starzec witał Papillona z niezawodnym uśmiechem na pooranej zmarszczkami twarzy.

Rytuał powtarzał się co dzień o poranku i ciągnął się miesiącami. Dziś rano jednak sprawa miała się ostatecznie rozstrzygnąć. Papillon uznał, że dłużej już nie wytrzyma, musi wiedzieć czy jest dla niego jakaś nadzieja.

Było dwadzieścia pięć minut po szóstej. Chłód poranka współgrał z chłodną barwą kamiennej posadzki. We wnętrzu kaplicy rysowały się sylwetki dwóch postaci. Jedna z nich ze sporą częstotliwością na przemian to chrząkała, to wycierała nos, to kaszlała. Druga wierciła się niespokojnie na drewnianym klęczniku. Wreszcie, po kwadransie, klęcząca postać powoli wstała. Cicho, prawie bezszelestnie zbliżyła się w kierunku chrząkającego….( zawiesza głos)

-Abba Motylionie….ja…ja….ja chcę zostać abby uczniem…

-Wiem, wiem…  Dobrze. Przyjdź jutro. Napijemy się kawy.. 

-Do jutra abba!

Papillon wyszedł powoli z kaplicy.

-Kawa z abbą! Jutro ! O jenyś! Cantáte Dómino cánticum novum! Śpiewajcie Panu pieśń nową!

Wytrwałość została nagrodzona. Mogłoby się wydawać, że sprawy potoczą się teraz gładko. Okazało się jednak, że przyjmując Papillona na ucznia nawet sam abba Motylion nie wiedział, w co się pakuje. Na razie żadne wyraźne znaki czy to na niebie, czy na ziemi nie zapowiadały nadchodzącej burzy…

Hezychazm a kawa

Abba był hezychastą. Nieustanna modlitwa, wyciszenie, spokój. Wstawał niezmiennie od wielu lat na pierwsze modlitwy wspólne. Rozpoczynały się o trzeciej rano.

Jednak cały mniszy hezychazm, beznamiętność, cały spokój ulatywał z dymem kiedy…

…kiedy, tak jak dziś, nie dymiła rano, drażniąc przyjemnie nozdrzy abby, jego wierna przyjaciółka – kawa. Namiętność starca. Jego codzienna radość. Hebanowa i aromatyczna. Pobudzająca i mocna. Dla niej starzec zrobiłby dużo. Bardzo dużo.

Abba Motylion wstawał wcześnie rano. Kawiarka natomiast już wieczorem kusząco łasiła się do starca gotowa do porannego rytuału. Dopiero po wypiciu pierwszej dawki zabierał się do cichej modlitwy i czytania duchowego.

“Późno Cię pokochałem, piękności tak nowa i tak dawna, późno Cię pokochałem! Oto byłeś w moim wnętrzu, lecz ja znajdowałem się na zewnątrz i tam Cię szukałem, i spieszyłem nie do piękna, lecz do pięknych rzeczy, których jesteś Stwórcą. Byłeś przy mnie, lecz ja nie byłem przy Tobie.” Późno…św. Augustynie, kolego, jak ja cię rozumiem… Późno…

-Abba! Abba! Już późno! Modlitwa poranna…

-Spokojnie dziecko. Spokojnie. Modlitwa poranna nie zając…Mam całe dziesięć minut. I kawę w kubku. Wypij ze mną. Od razu zrobi ci się lepiej.

-Jak pierwsza noc w pustelni? Hm?

-Katastrofa! Nie spałem. Wiatr, psy, cisza i…

-No dobrze, będzie lepiej. Dziś mam dla Ciebie zadanie. Najistotniejsze, żebyś wykonał je dokładnie i uważnie.

Papillonowi już malowała się wizja przepisywania starych manuskryptów, ukrytych przed światem przez wiele wieków a teraz on, Papillon, będzie wśród tych nielicznych, którzy poznali tajemnicę zaginionych zwojów. Przed oczami miał wersję Kodu Leonarda i Imienia Róży z nim we wszystkich rolach głównych. Gdzieś na obrzeżach świadomości wcielał się też w postać św. Jana od Krzyża i męskiej wersji św. Teresy z Avila.

-Papillon? Słuchasz mnie?

-A…tak, tak abba!

-Masz tu skalpel, rozpuszczalnik i watę. Widzisz te brązowe schody? Te na piętro, prowadzące do kaplicy? Usuń z nich proszę całą brązową farbę.

-Eeeee…..że co?

-Brązową farbę…usunąć. Dziecko moje…wszystko w porządku?

-Tak, abba..tak.

Papillon nie był hezychastą. Namiętności i pożądliwości, próżność, brak umiarkowania, niecierpliwość,, brak roztropności – to tylko kilka wad adepta monastycznego życia. I oto pierwsze zadanie było ciosem wymierzonym w większość z nich. Papillon zrozumiał, że w najbliższych dwóch tygodniach z odegrania roli nowego św. Jana od Krzyża nici. Ale co było robić… Wycofać się? Ogon pod siebie i zwiewać? Nie. Papillon wziął zestaw małego ascety i poszedł w stronę kaplicy. Inni uczniowie już omawiali pieśni liturgiczne na wieczorną Mszę świętą….

Abba Motylion przypomniał sobie starą zasadę ojców.

-Hm, hm. Jak mawiał św. Benedykt: Należy mu z góry przedstawić wszystko, co jest ciężkie i trudne na drodze do Boga.

Znajomy abby, starzec Paisjusz Hagioryta, mnich prawosławny, tak objaśniał drogę do zjednoczenia z Bogiem: “ludzie po to, by dostroić się do tej samej częstotliwości z Bogiem, muszą nastroić swój nadajnik na częstotliwość miłości, a odbiornik na częstotliwość pokory, żeby Bóg słyszał nas i żebyśmy Go słyszeli. A jego częstotliwość to miłość i pokora.” I do tej częstotliwości musiał dostroić się Papillon jeśli miał pójść w ślady swojego mistrza.

Pali się

Była pora kolacji. Po Nieszporach uczniowie siadali razem przy ławach i zjadali to, co akurat przygotował brat pełniący tego tygodnia posługę w kuchni. W refektarzu brakowało tylko Papillona, który postanowił odreagować stres grając na skrzypcach.

-Ech. To już ostatni. Panie, daj mi cierpliwości i….herbaty.

Po wysłuchaniu ostatniego przybywającego do pustelni i proszącego o radę gościa, Abba Motylion odetchnął. Czekał na niego spokojny wieczór.

-Abba! Abba! Stój! Abba!

-Papillion? Co Ty tu robisz o tej porze?! Od godziny mamy silencium! Cisza i to do rana!

-No właśnie, abba…od godziny – silencium. A abba? Co tu robi?

-Dziecko….co wolno mnie, staremu zgrzybiałemu mnichowi to jedna rzecz, a co tobie…to insza inszość.

-Nieważne, ważne, że abba jest bo ja abby potrzebuję – teraz, natychmiast!

-Pali się?

-Tak, pali się.

-Niech zgadnę…w twojej… w twojej głowie..?

-Abba! Litości! Nie dam rady! Tam jest cicho, ciemno, nie ma WiFi, telefonu abba zabronił używać….jak ja mam zasnąć! Na fejsa nie wejdę, nie pooglądam odcinków nowego Sherlocka…abba!

-Wspaniale! Rewelacyjnie! Dobrej nocy, Papillon! Pamiętaj, jutro o 06:00 kawa. U mnie. Nie spóźnij się.

-Ale abba!!!

Starzec wolnym krokiem oddalał się od oniemiałego ucznia. Twarz Papillon smagał zimny wiatr i, może bardziej niż wiatr, chłodne słowa starca.

-Rewelacyjnie….wspaniale….dobrej nocy…jak ja mam niby zasnąć?! Słyszę pająki na ścianie jak omawiają design nowej sieci. A u mnie sieci – niet!

Perspektywa kawy złagodziła nieco paraliżujący strach przed nocą spędzoną w cichej, ciemnej i odciętej od internetu pustelni. Papillon wolnym krokiem szedł ledwie widoczną ścieżyną w stronę nowego domu. Zajrzał do kaplicy…głosy braci dodały mu odwagi.

Tymczasem abba Motylion obserwował nowego ucznia zza drzew. Przypomniał sobie fragment z Orygenesa: “Izraelici przybywają na pustynię Sin, która oznacza “próbę”. Złotnik, chcąc wykonać potrzebne naczynie, wiele razy zbliża je do ognia, aby stało się czystsze i osiągnęło piękny kształt, zaplanowany przez artystę”

Reszta świata poszła tej nocy spać, jak to robiła zwykle. Abba nie poszedł jednak tej nocy w ślady reszty świata. Abba czuwał….

-Jezu Chryste, Synu Boga żywego, zmiłuj się nade mną….

Bogaty młodzieniec i nikotyna

Od dwóch godzin deszcz padał bez przerwy. Wiatr wciskał się pomiędzy framugi okien do ciemnej celi abby Motyliona.

-Panie, mógłbyś mi dziś ułatwić życie…Ta pogoda…do miasta mam dziś…

Pukanie do drzwi oderwało starca od poszukiwania peleryny.

-I feel good, I know that I would..I feel good. I know that I would….So good, so good…

-Papillon, to ty?

-Ja!

-Wchodź dziecko.

-Abba, życie jest piękne!

-Piękne powiadasz? Siadaj. Kawa będzie.

-Wreszcie odpocząłem. Żadnych telefonów, maili, fejsbuków. Deszcz, trawa, ptaki…Abba zna tę piosenkę…I feel good…I know that I would!

-Zna, zna. Jak wypijemy kawę to dopiero będzie good. Ja bez kawy – no good.

-Feel good…so good…pa, pam, pam…

-No już, słuchaj.

-Już. Już. Słucham.

-Dziś jadę do miasta. Ty przygotujesz komentarz do Ewangelii o bogatym młodzieńcu na Mszę. Do tego schody. Modlitwa w ciszy przez pół godziny. To znaczy siedzisz i próbujesz być w Bożej obecności. Żadnego kombinowania, dobrze? I odpocznij trochę jak skończysz. Papillon?

-Jasne, abba. Dam radę. A mogę kawy jeszcze?

– Oczywiście. Dokończ moją. Pora na mnie. Jadę rowerem. Wrócę na Mszę.

-Spoko, abba. Nie martw się. Ogarnę wszystko.

-Wiem, wiem…A, i pamiętaj. Rozłóż sobie pracę i spróbuj skoncentrować się na tym, co akurat masz co zrobienia. Nie zajmuj się na razie planami na zbawienie świata.

-Się rozumie. Nie zbawiać świata.

-Jadę. Do wieczora.

-Dozo, abba! I feel good, I know that I would..I feel good. I know that I would….

Papillon nie miał oczywiście pojęcia jak napisać komentarz do Ewangelii. Spóźnił się na jutrznię. Trafił na krótkie czytanie.

-”Jedni drugich czystym sercem….hmmm…miłujcie…” Ale leje…Komentarz…komentarz….hmmmm…….bogaty młodzieniec…Jak ja to mam znaleźć do….nie wygoogluję przecież….nie może być na początku…..nie na końcu….

I tak Papillon zaczął kartkować Nowy Testament od drugiego rozdziału każdej z czterech Ewangelii. Minęła godzina, dwie…Lektura zaczęła go wciągać.

-“Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam.” No dobra. Ok. Panie Boże! Siedzę tu drugą godzinę. Nie mam pojęcia jak to znaleźć. Jest napisane proście, a będzie wam dane. No to proszę. Mógłbyś pomóc..hmmm? Nie dam rady….

Papillon siedział zrezygnowany. Odłożył Biblię. Wstał. Wyjął papierosy, które wcisnął w kartki starego notesu. Otworzył okno i zapalił.

-Nie…no jaki to ma sens…przecież ja Biblii nie przeczytałem…Zobaczmy…może Marek….coś tak mi jakoś dzwoni…Mateusz…nieee…dalej…Marek. Jest. Dziesiąty…tu…nierozerwalność małżeństwa, to nie…Jezus błogosławi dzieci, też nie…bogaty młodzieniec! No! Proście a będzie…

I Papillon zaczął czytać…

Jezus mu odpowiedział: «Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną!» Gdy młodzieniec usłyszał te słowa, odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości.

Tymczasem

O tej samej porze abba Motylion spacerował ulicami miasta ze swoim dobrym znajomym ojcem Hieronimem.

-Wiesz, Hieronim. Mam nowego ucznia.

-Hmmm…?

-Póki co, szarpie się biedak. Ale wiesz, co mówił klasyk, Bazyli Wielki: są trzy sposoby, by podobać się Bogu: sytuacja niewolnika – staramy się Jemu przypodobać, bo się boimy, że nam Bóg lanie spuści; sytuacja najemnika – nieźle się sprawujemy, bo chcielibyśmy nagrody za dobre sprawowanie i wreszcie bycie synem – robimy dobre rzeczy tylko po to, żeby było więcej dobra…przed tym małym Papillonem jeszcze kawałek drogi…

-Hmmm…

-Hieronim, bracie…! Słuchasz mnie czy za paniami się oglądasz? A ja ci tu o Bazylim…

Zalety wad

Papillon siedział już trzecią godzinę, wypił czwartą kawę, wypalił pięć kolejnych papierosów. I nic. Zaczynał siedem razy pisać pierwsze trzy zdania komentarza do Ewangelii o bogatym młodzieńcu.

-Dlaczego Jezus kazał mu sprzedać wszystko, co miał? To nie ma sensu. No nie. Google…google prawdę ci powie…Bez googla nie da rady.

Papillon, oprócz papierosów, ukrył przed Abbą też tablet z dostępem do internetu. Do tej pory udało mu się z niego nie korzystać, ale teraz…?

-Przecież muszę zrozumieć o co biega, nie? Napisać komentarz, czyli…zrobić coś dobrego!

Papillon wyciągnął tablet z pudełka, włączył, wpisał kod. Wpisał: bogaty młodzieniec, komentarz. 

-O, jest.“I tu dochodzimy do genialnej literackiej gry słów: ten „jeden człowiek” słyszy: „Brakuje ci jednego… , a „tylko jeden Bóg jest dobry”. Innymi słowy: sam zrobiłeś, co mogłeś, a jedyne, czego ci brakuje, przynależy jedynemu Bogu. Przeskok pokonasz siłą łaski, a nie własnych starań. “ Hmmm…Dodam do zakładek. Przyda się. Teraz jeszcze tu. Według świętego Hieronima.“Bogaty młodzieniec chełpi się, że wypełnia wszystko, co było nakazane w Prawie, a nie może już w pierwszej próbie zwyciężyć bogactw”. No, to się klei.

Kopiuj, wklej okazało się jednak niemożliwe. Papillon, według zalecenia abby Motyliona, nie mógł korzystać z komputera. Dlatego kontrol c, kontrol v tym razem nie było opcją. Mógł jedynie tekst przepisać.

-Dwa zdania z przodu, dwa z tyłu…Ufff…gotowe…no to mam odpocząć. Zalecenie abby…

Zachodzące słońce ułożyło się leniwie na polanie przed pustelnią. Papillon ułożył się na łóżku. Uczeń zasnął z poczuciem spełnienia i uśmiechem na twarzy, tuląc do piersi zeszyt z komentarzem..

Dwie godziny później…

Po dwóch godzinach przed drzwiami pustelni Papillona stanął zdenerwowany i przemoczony do suchej nitki abba Motylion.

-Papillon! Papillon! Jesteś tam?! Dziecko!

-Abba?

-Otwieraj, dziecko, otwieraj!

Papillon szybko schował papierosy pod zlew. Poprawił koszulkę, tablet włożył między książki.

-Już…auuuu

-Oj, Papillon. Naszukałem się ciebie. Dobrze, że jesteś cały. No…..

-Mam komentarz, abba…..

-Świetnie. Msza właśnie się skończyła. Przyda się na przyszły rok. Teraz pośpij, dziecko. A rano…

-Przyszły rok?

-Tak. Przespałeś okazje, drogie dziecko…dobrej nocy…

Abba Motylion spędził w pustelni wystarczającą ilość lat, żeby zapach nikotyny i ładowarka pod łóżkiem mogły go zdziwić. Jego uczeń zachował się jak każdy zdrowy początkujący mnich powinien. Niektórzy mają słabość do masła orzechowego i ukrywają kilka słoików w szafce pod zlewem, inni podkradają kiełbasę ze spiżarni. Jeszcze inni nielegalnie hodują żółwie. Większość wybryków i dziwactw jest nawet pożądana.

Ciszę przeciął głośny i toporny dzwonek telefonu komórkowego.

-Hieronim? Szczęść ci Boże, staruszku!

-Szczęść Boże, Motylion. Jak tam ten twój nowy?

– Jest z nim nieźle. Wiesz. Normalne kiksy. Papierosy, internety…ale się stara…Wiesz jak jest..

-Normalka.Najmniej obiecujący są ci “doskonali”. Prędzej czy później taki idealny wybucha jak purchawka, albo zaczyna uważać się za świętego i mistyka.

-A ty, Hieronim, pewnie w sprawie tego marketingu opactwa dzwonisz, co?

-Pomyślałem, że może by tak ten młody się tym zajął?

-Na razie to zamiast marketingiem musi się jeszcze zająć renowacją naszych schodów. Mamy wizytację. Dam ci znać za dwa tygodnie, dobrze?

-Ok.

-A Hieronim?….Co do tego twojego nowicjusza to mi się przypomniało z Barsafaniusza: to pokolenie jest słabe i kruche (…) Wiem, że wybuchowy jesteś, kolego. Trzymaj się tego, co powiedział apostoł “wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu, z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz.” No…Wiesz, jak łuk za bardzo napniesz to pęknie.

– Powoli pęka…

– Nie wykończ go…

-Cześć, staruszku. Z Bogiem!

-Z Bogiem, Hieronim, z Bogiem.

Smutek a czekolada. Ćwiczenia praktyczne.

Tego poranka słońce nie przebiło się przez gęste chmury. Sarny obskubywały trawę przed pustelnią Papillona. Papillon skubał resztki ciasta, które zawinął w serwetkę i wyniósł z refektarza po kolacji. Nie miał zamiaru wstawać z łóżka. Nawet perspektywa porannej kawy nie była w stanie tego zmienić.

-I co z tego, że niedziela. Co z tego…kurczę…że niby co?

Papillon znał ten stan, Papillon znał ten smutek na wylot.. Smutek powracał jak bumerang. Znał smutek z życia przed pustelnią, czyli z życia, z którego zrezygnował nie dalej jak trzy dni temu. Ten sam smutek wrócił ze zdwojoną siłą. Był jak mucha, z pozoru niegroźna, ale natrętna. Mały, obrzydliwy bzyczący bombowiec, który był zawsze o milimetr szybszy, sprytniejszy i z każdą minutą bardziej bezczelny.

-Na co mi to…Komentarze, schody, liturgie….o szóstej rano kawa, o siódmej jutrznia, potem to, za chwilę tamto. Ordnug muss sein. Porządek i dyscyplina. Zwariowałem czy co…

-Papillon? Przyniosłem kawę. Marznę. Wpuść mnie!- abba Motylion przeczuwał nadchodzący kryzys ucznia.

-Nie mogę.

-To znaczy?

-Nie mogę po prostu.

Abba Motylion wiedział co się stało. Starzec rozumiał. Więcej. Abba znał to wszystko od podszewki. Dlatego nie zamierzał się poddać. Miał gotową strategię.

-Przyniosłem też czekoladę z orzechami. Otwórz bo wyleję kawę.

-Otwarte.

-No, uff. Gorące. No. I co tam, kochany?

Kawa, którą trzeba zrobić to oczywiście nie to samo, co kawa, którą ktoś zrobi dla ciebie. Kawa, która wymaga wstania z łóżka, ubrania się, wyjścia to zdecydowanie nie ta sama kawa, która sama się robi i sama przyjdzie.

-Leż sobie. No. Masz. Tutaj stawiam. I co tam? Ciężko?

-Bardzo. Bardzo niedobrze. To nie jest dla mnie, abba.

-Co? Czekolada?

-Nie, no nie! To. Pustelnia, modlitwy, schody, cisza, pająki….To nie dla mnie! No…może jakby abba pozwolił mi wstawać później i korzystać z internetu to….no…to byłoby mi łatwiej. No i jakbym używał komórki…

-Komórki? Hmm… Rozumiem. Tak. To trudne. Jesteś u mnie …niech policzę…trzy dni?

-Trzy dni i kilka godzin.

-Taaa…Miałeś trochę czasu, żeby poznać moje życie….chcesz odejść…hmmm. No dobrze.Pewnie masz jakiś plan? To znaczy, co zrobisz, jak odejdziesz?

W przebogatej wyobraźni Papillona scena, w której starzec będzie błagał go, żeby został, kończy się ustaleniem nowych, złagodzonych zasad życia. Telefon, komputer, kreatywna praca i jedzenie w celi, a nie żeby do refektarza trzeba było latać. No i wstawanie o 7:00.

-Że co?

-Plan. Jaki masz plan, dziecko?

-No….

-No dobrze…pomyślimy o tym. Wiesz, co…wypijmy kawę, zjedzmy tę czekoladę a potem się zastanowimy…może być? Jak będziesz chciał wyjechać, pomogę ci w pakowaniu. A jakbyś zmienił zdanie, to …ale na razie…czekolada i kawa. Swoją drogą miałem ci zaproponować pracę, bo szukają kogoś do marketingu w opactwie obok.

-Co?!

-Ale to nic, brat Cumullus świetnie się nada. Skończył zarządzanie, gdzieś…a… tak…w London School of Economic..tak to się zwało…nie przejmuj się, poradzę sobie.

-Ale ja….no..mógłbym.

-Nie martw się, rozumiem. To dla ciebie za dużo. Nie każdy ma to powołanie. Nic nie szkodzi.

Papillon miał nadzieję na protesty, na pocieszenie .Szybko dotarło do niego, że lepiej od razu się poddać.

-Abba?

-Tak, dziecko?

-To gdzie jest rozpuszczalnik i skalpel?

-W magazynku pod schodami. Dlaczego?

-Przecież zostało jeszcze siedemdziesiąt sześć schodów!

-Racja. 

Abba poszedł do kaplicy.

-Ciekawe, co z niego wyrośnie…byleby nie chciał iść na skróty….Pamiętam słowa kochanego abby Doroteusza:”nie znamy naszej miary i brakuje nam cierpliwości w sprawach, które zaczynamy a cnoty chcemy zdobyć bez wysiłku”. Cały ja trzydzieści lat temu. Cały ja….

Znowu w życiu mi nie wyszło

-Znowu w życiu mi nie wyszło…..uciec pragnę w wielki sen…..późno, późno, późno, późnoooo….Kiedy skończę ten parszywy schodek! Już trzecia! O matko, jak ja śmierdzę! No dobra, jeszcze tutaj trochę i kończę! Nooo…jeszcze tutaj, kochasiu….mam cię! Trzeci zatopiony…

Tymczasem abba Motylion drugą godzinę pisał homilię na niedzielę. Miał swój system. Notował luźne myśli na karteczce. Kilka słów przy kawie, kilka między śniadaniem a spotkaniami z uczniami, kilka przed snem. W piątek lub sobotę starzec składał pomysły w całość.

-“ «Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę» Tomasz Didymos, czyli….Bliźniak, znaczy podwójny. Dwa oblicza, dwóch Tomaszów. Jeden – gorliwy. “Chodźmy i mu, aby razem z Nim umrzeć.” Drugi wątpi i to poważnie. My też – podwójni. W jednej chwili gotowi na radykalne pójście drogą prawdy. Za chwilę dezercja…. Gorliwość przeplata się z wątpliwością. Gotowość z lękiem. Jeszcze tylko spisać i gotowe…

Papillon zaczął się nudzić. Zostawił schody, nie chciało mu się iść na spacer, nie chciało mu się modlić, nie chciało mu się spać. Dopadła go obojętność i lenistwo. Wyleciało Papillonowi z głowy, że miał przygotować kolacje. Zapomniał też, że nie schował rozpuszczalnika, skalpela i waty. Leżały dokładnie tam, gdzie skończył pracę, czyli między drzwiami do kaplicy a pierwszym schodkiem. Tymczasem po udzieleniu rozgrzeszenia zatwardziałemu grzesznikowi, abba Motylion postanowił się pomodlić. Wchodząc do kaplicy natrafił na butelkę z rozpuszczalnikiem, której zawartość wylądowała na drewnianej figurce Matki Bożej.

-No tak….hmm. Teraz farba zeszła też z naszej osiemnastowiecznej figurki Matki Bożej.Panie, daj mi lekarstwo, bo chorobę już mamy….

Abba Motylion posiadał niezwykłą umiejętność. Widział schodki, a ignorował pozostawioną na środku butelkę z rozpuszczalnikiem. Dostrzegał pragnienie dobra, tam, gdzie inni widzieliby tylko katastrofę.

-Trzeba mu dać dużo czasu. Zdecydowanie więcej czasu i ….cierpliwości. Lepiej iść wolno dobrą drogą niż biec złą.

Papillon spóźnił się na Mszę, zapomniał brewiarza i…nie przygotował kolacji. Po modlitwach szybkim krokiem ruszył do refektarza, wyjął dwie pizze z zamrażalki, wrzucił do mikrofalówki. Wyjął po trzech minutach i postawił na stole.Potem rzucił się na łóżko Przykrył kocem. Wiedział, że nawalił. Wtulił głowę w poduszkę.

-No nie, ja nie chcę nawalać, kurcze! Nie chcę…

-Papillon! Przyniosłem Ci trochę pizzy z kolacji. Śpisz już? Zjedz coś jeszcze. Będziesz głodny.

-Nie chcę, abba. Nie zasłużyłem!

-Co tam mówisz?

-Nie zasłużyłem, zapomniałem o liturgii, kolacji…

-I o rozpuszczalniku na środku kaplicy….

-Co?!

-Matka Boża nie ma sukienki..ale spokojnie…dorobimy ładniejszą…

– Abba..ja się nie nadaję…

-Nikt się nie nadaje. Jakbyś popatrzył na mnichów z okolicy. Albo na mnie…ty myślisz, że ja się nadawałem?

-Poważnie?

-Zupełnie absolutnie poważnie. Nie rwij włosów z głowy bo skończysz jak ojciec Hieronim i nie będziesz miał już czego rwać. No….Idę bo jestem wykończony. A jeszcze świeccy są w kaplicy. Spotkanie naszego trzeciego zakonu. Pożegnam ich i padnę do łóżka. A jutro…jutro się nie zobaczymy.

-Że jak…?

-Nie zobaczymy się jutro, chyba że ci się sufit w celi zawali albo postanowisz odejść. Wtedy pukaj.

-A co abba będzie robił?

-Odpowiem ci, jak święty proboszcz z Ars odpowiedział wieśniakowi na pytanie, co robi godzinami w kościele, chociaż nie odmawia nawet jednej cząstki różańca. Wieśniak odpowiedział swojemu proboszczowi: “Patrzę na Niego, On patrzy na mnie i jest nam razem dobrze.” Jutro mam nadzieję pójść w ślady wieśniaka.

-Aha….

Czterdzieści lat minęło…

-To już czterdzieści lat od pierwszych ślubów…- abba Motylion przetarł oczy- pamiętam…magister nowicjatu…abba Euzebiusz. Ile się zmieniło….Nie mieliśmy komputerów, internetów, smartfonów. Nie było facebóków, e-buków, aplikacji z brewiarzem… Teraz współautorem kazań jest google….O tempora, o mores…No, ale nie było płyty indukcyjnej i kawiarki…

U Papillona zagościł smutek, siedział na schodkach do kaplicy.

-“Jutro się nie zobaczymy….Do zobaczenia, dziecko…” Co to za tajemnica. Abba coś ukrywa…jak nic…

Uczeń poszedł do biblioteki. Sięgnął po katalog zakonu.

-Abba Motylion……., profesja wieczysta….profesja czasowa….tak! A jednak! Ho, ho…toż to dinozaur! (nuci) Czterdzieści lat minęło, jak jeden dzień…Mam cię, abba!

Papillon miał plan. Przypadkiem usłyszał, jak goście Motyliona wspominali, że ucieszył się z gofrów, które przywieźli. 

-Będą gofry. Mąka, jajka….proszek do pieczenia…mleko…Kisiel…A, i wiśnie….Dalej…..gdzie jest ta gofrownica. Widziałem przecież…..Jest! Ale brudna…co za osioł zostawił nie umytą gofrownicę….

Osłem był poprzednik Papillona, Kretes. Wystarczy powiedzieć, że po jego odejściu abba przez tydzień szorował jego pustelnię, odkrywając resztki menu z każdego tygodnia pobytu Kretesa u abby.

-Teraz rozgrzać……konsystencja właściwa….i nalewamy……

Po 30 minutach Papillon, z dumą i talerzem pełnym gofrów stał przed drzwiami abby.

-Abba! Przyszedłem powiedzieć, że odchodzę.

-Co?!

-Odchodzę, abba. Przespałem się, pomyślałem….i podjąłem decyzję. Wpuść mnie, abba!

-Wchodź, wchodź…

-Czterdzieści lat minęło, jak jeden dzień….

-Papillon…..dziecko moje…..jak ty? I jeszcze gofry! Gofry!

-No…Wiedziałem, że to była jakaś ściema z tym ukrywaniem się! Dzień skupienia, wieśniak z Ars, cisza….tralala… Przy gofrach abba dopiero to się skupi…nie?

-Polewa wiśniowa! Skąd ty…?

-No to dobrego skupienia! Tylko niech abba nie zapomni się pomodlić. Nie wypada dawać złego przykładu młodym. Gofry goframi, ale modlitwa musi być. Bo się zdeprawuję. Paaaa!

-Mmmm……Panie Boże, zawsze mnie zaskakujesz…

Motylion, po strawieniu gofrów, poszedł w ślady abby Arseniusza, o którym mówiono: “ w wieczór sobotni, gdy już rozświecał się dzień Pański, zostawiał słońce za plecami i wyciągał ręce do nieba w modlitwie: tak trwał póki słońce w twarz mu nie zaświeciło, i wtedy siadał.”

Zbudź się, ach, zbudź, o śpiący…

Po nocy wypełnionej czuwaniem i modlitwą abba ułożył się na  łóżku.

-Krótka drzemka….dwadzieścia minut…

Starzec zamknął oczy i przykrył się starym kocem w kratkę. Zasnął snem sprawiedliwego.Nie minęło dziesięć minut a łagodna muzyka wypełniła celę abby. Delikatna melodia niosła starca w niebiańskie sfery…

-Zbudź się, ach, zbudź, o śpiący. Przebudź się już z twojego snu. A zajaśnieje ci Chrystus. Alleluja. Alleluja.

Abba otworzył oczy i zamarł.

-Papillon, kiedy ty tu….?! Dziecko! Nie możesz tak wchodzić …Co się stało?!

-No…Nie miałem z kim pogadać, smutno mi się zrobiło…

-Dobrze już, dobrze…A która godzina, dziecko?

-Jedenasta.

-Oj,twarz tylko przemyję..śpię jeszcze…

-Gdzie kawa?

-Obok ściereczki.

-Ściereczka, ściereczka…ła! Abba! Normalnie kawiarnia – lavazza, ściereczki, kubeczki, miarka do kawy, adapter do kawiarki….łoooo! Nalałem wodę do kawiarki. Ile kawy?

-Pokaż…..Hmmm…Nie tak! Aj…za dużo wody. Nie może dotykać sitka. Zostaw!

-Hm. Widzę, że abbie ryt kawowy popsułem. Ale ja według rytu po drugim soborze kawowym przygotowuję…

-Dowcip pierwsza klasa. Gratuluję…znaczy się dziecko wie, że był drugi sobór…no. Poczytałeś coś..?

-Obejrzałem trzyminutowy katechizm na youtubie.

Papillon zamarł. Miał nadzieję, że abba, skupiony na kawie, nie połączy youtuba z internetem a internetu z Papillonem, ale..

-Katechizm na youtubie?

-Yhm.

-Na youtubie?

-Noooo…

– Znaczy się na internecie?

-No….

– Świetnie!

– Jak?

– Świetnie. Dobre te odcinki..sam obejrzałem wszystkie…wiesz co, codziennie przed snem oglądaj jeden odcinek…

-Jak? Co?

-Jeden odcinek codziennie przed snem. Chyba nie za dużo, co?

-No..nie…jakoś dam radę…

Oficjalne pozwolenie na tablet i youtuba Papillon postanowił potraktować nieco szerzej. Jeśli może oglądać trzyminutowy katechizm to okrasi go też trzyminutową wizytą na fejsie. No…może nie trzyminutową…Abba oczywiście wiedział, że uczeń nie ograniczy się do odcinków katechizmu. Ale strategia abby wybiegała dalej niż plany Papillona. Znacznie dalej…

– No ładnie. Teraz oficjalnie mogę surfować po necie. Podobno “sprawiedliwy siedem razy na dzień upada”...czy jakoś tak…no to upadnie się na youtubie….

-Słyszałem, młody, słyszałem…! A całość brzmi: Bo choć sprawiedliwy siedem razy upadnie, jednak znowu się podniesie; lecz grzesznicy potykają się w nieszczęściu. Nie planuj upadków, Papillon, bo się nie podniesiesz.

-Sory, abba.

Wszystkie drogi prowadzą do supermarketu.

Na niedzielne Msze święte przychodzili wierni z okolicznych wsi. Rodziny, wdowy, pracownicy fabryki samochodów i siostry z klasztoru nieopodal. Razem z ostatnią rodziną za horyzontem zniknęło też słońce. Abba był wyczerpany.

-Poszli już robotnik winnicy Pańskiej pada, Boże….a jeszcze Kompleta…. zęby umyć i Kompleta…no i wreszcie można wypoziomować…

I tak, niepostrzeżenie, minęło osiem pięknych, niczym nie zmąconych godzin.

W celi Papillona wrzało.

– Musiałem zaspać. Po prostu musiałem. Youtube. Wiedziałem, że się zasiedzę…zmiłuj się nad nami, Panie, bo zgrzeszyliśmy przeciw Tobie.

Papillon nie skończył, kiedy zza drzwi dobiegły go słowa znanego mu przeboju…

-I feel good, I know that I would….Dzień dobry, Papillon! 

-Abba?

– Tak. Śpiewam. Ty mnie nauczyłeś… Słuchaj, dziecko. Dzisiaj odpoczniesz od schodów. Musimy zająć się Matką Bożą. Pojedziesz z figurą do ojców z opactwa trapistów… To niedaleko, jakieś dwadzieścia kilometrów…no…. Zapytasz ojca Alberta ile nas będzie kosztowała renowacja figury. Tylko wróć na spotkanie formacyjne. Weź sobie jakieś kanapki.

-Pieszo mam iść?!

-Dam ci rower. Tylko nie jedź skrótem przez miasto. Objedziesz sobie kawałek przez wieś.Spotkanie formacyjne o czwartej. A, mam dla ciebie na drogę jeden apoftegmat ojców pustyni. Posłuchaj. No, taki akurat przed podróżą..Kilku ojców opowiadało pewnemu starcowi, że jeden z nich zapuścił się zbytnio na południe pustyni Sketis i został tam zjedzony przez plemię kanibali. Starzec, chcąc pocieszyć ich, zastanawiał się:– Jeśli już nic innego nie można powiedzieć, to przynajmniej to, że dzięki niemu te biedne dzikusy po raz pierwszy zakosztowały smaku naszej religii. Podoba się?

-Dobre….ta…świetne..

-No. Adres masz tutaj. To z Bogiem!

-A telefon? Jak mnie napadną ci kanibale to wolałbym zadzwonić po pomoc…

-Dasz radę. No! W drogę, mały! Bo nie zdążysz!

Papillon już opracowywał strategię. Oto pojawiała się szansa wyrwania do miasta…Może sobie wypije cappucino w kawiarni z WiFi? Albo uzupełni zapas papierosów? Mnóstwo możliwości. Poszedł do refektarza, zrobił sobie dwie potężne kanapki z kiełbasą i pomidorem i zarecytował początek psalmu…

-Sławię Cię, Panie, bo mnie wybawiłeś…

Abba Motylion pojawił się przed refektarzem.

-...i nie pozwoliłeś moim wrogom naśmiewać się ze mnie?...no ładnie..psalm trzydziesty z samego rana! Tylko tak dalej, Papillon.

Było południe. Abba Motylion postawił rower przed urzędem skarbowym. Zapiął łańcuch i ruszył w stronę rynku. Podczas kiedy Papillon miał załatwiać sprawy w opactwie, abba musiał załatwić kilka spraw w supermarkecie. Pastę do zębów, żel po prysznic i zapas konserw.

-Miętowa total, dwie tubki. żele ..o promocja…osiem sztuk. A i konserwy. Ostatnio poszło piętnaście w tydzień. No to dwadzieścia bo mniejsze.

Abba stanął w kolejce, kiedy zdało mu się, że słyszy znajomy głos.

-I dwie paczki papierosów…tak..te…- Papillon wyciągnął kartę – zbliżeniowo, dobrze?

-Dzień dobry, dziecko…

-O…..matko!

– Raczej ojcze…Czyli pokusa zwyciężyła…?

-Abba..Abba…ja…

-Nie tłumacz się. Spotkamy się przed sklepem.

-Ojcze….

– Może abba, ojcze? Co?

Abba wziął siatkę z zakupami, poklepał Papillona po ojcowsku i podszedł do roweru.

– Gdzie twojego rumaka zostawiłeś?

– Tu jest.

– No to jedziemy, formacja czeka…

Uczniowie czekali w pustelni abby. Upał był nie do zniesienia. Brat Mikołaj odganiał muchy, Gracjan ziewał, reszta przysiadła pod ścianą, zgodnie ze starą zasadą: jak nie zobaczą, to nie zapytają.

-Naszą dzisiejszą formację chcę rozpocząć od cytatu:“Nikt nie powinien mówić, że jest niegodny być mnichem, ponieważ dopuścił się ciężkich i licznych grzechów albo nie stronił od innych uciech ziemskich, bowiem gdzie jest wiele ran ropiejących, tam potrzebne jest leczenie. Zdrowi nie potrzebują lekarza…”

Papillon nie ziewnął. Spuścił głowę i sprawdził, czy nie zapomniał papierosów.

E-kwesta

Papillion, jak wiadomo, nie dotarł do opactwa trapistów tylko do supermarketu. Abba Motylion dotarł do trapistów następnego dnia. Cena renowacji figury Matki Bożej ojciec Albert wycenił na dwadzieścia tysięcy złotych.

-No to mamy problem. Matko Boża, otwierasz nie tylko serca, ale też portfele. Zostaje tylko Hieronim. Może odbierze…

-Hieronim?

-Co tam?

-Mam problem. Muszę zebrać dwadzieścia tysięcy na renowację figury Matki Bożej. Pomóż…

-No, to najprościej facebookiem. Macie stronę na fejsie?

-Oczywiście, że pustelnia nie ma strony na facebooku! Co ty?…….

-Nic prostszego, niż fejs Ci nie doradzę. My zebraliśmy sto tysięcy na renowację obrazu i nowe łóżka.

– Sto tysięcy? Na łóżka?!

– Głównie na obraz, ale na łóżka też wystarczyło.

-Przecież wiesz, Hieronim, że mnie to przerasta. Już ten smarfon to za dużo.

– Papillona zaangażuj.

-Młodego? Papillona? Nie jestem taki pewien.

– Lepszego pomysłu nie mam. Z Bogiem. Muszę lecieć do opata.

-Dzięki, bracie! Z Bogiem!

Motylion usiadł, odmówił dziesiątkę różańca.

-Nie ma rady. Dziura w budżecie a niedługo wizytacja….

Kiedy kończył Pod Twoją obronę do drzwi zapukał Papillon.

-Abba, czy możemy porozmawiać? Już dziewięć schodków pozbawiłem starej farby…ale jakoś nie idzie mi z modlitwą…

-A z modlitwą, co ci nie idzie?

-No…siadam…rano po śniadaniu na przykład i chcę się modlić, ale zupełnie nie wiem jak zacząć. Próbowałem Ojcze Nasz, Zdrowaś Maryjo…ale czuję się jakbym zakuwał do egzaminu…w kółko to samo…

-No dobrze, myślałem, że jest gorzej…

-Gorzej? To może być gorzej?

-Znacznie gorzej. Na przykład mógłbyś być przekonany, że właśnie masz wizje Matki Bożej i wszystkich świętych…

-No nie. Nie mam. Jedyne wizje na modlitwie, jakie mam to obraz placków ziemniaczanych, tych co brat Karol robi w piątki.

-No dobrze. Dam ci proste rady. Po pierwsze. Już sam fakt, że siadasz do modlitwy to dużo. W zasadzie to najważniejsze. Po drugie – nie nastawiaj się na nic. Pomyśl, że spotykasz się z najlepszym przyjacielem. Nie musicie nic mówić, prawda. Po prostu siedzicie sobie i tyle. To wystarczy.

-Wolniej, ojcze! Zapisuję…

-Pomyśl też o lekturze. Możesz na początek podczytywać sobie “Znak Jonasza” Mertona.Zostawię ci pod drzwiami. Warto też, żebyś na początku poprosił o pomoc Ducha Świętego. Najprościej jak potrafisz. A – i jeszcze może przydać ci się psalm 131.

Panie, moje serce się nie pyszni *

i nie patrzą wyniośle moje oczy.

Nie dbam o rzeczy wielkie *

ani o to, co przerasta me siły.

Lecz uspokoiłem i uciszyłem moją duszę; †

jak dziecko na łonie swej matki, *

jak ciche dziecko jest we mnie moja dusza.

Izraelu, złóż nadzieję w Panu, *

teraz i na wieki.

-Zapisałem.

-To wcielaj w życie, dziecko, wcielaj w życie…Niech Ci dobry Bóg w tym błogosławi. I w schodach też.

Fejs or not to fejs.

Papillon znalazł na schodkach do swojej pustelni “Znak Jonasza”, książkę poleconą przez abbę Motyliona.

-Merton. Reporter The New york Times, nauczyciel angielskiego, pracował w getcie w Harlemie. Wstąpił do trapistów w Gethsemani w 1941. Autor ponad siediemdziesięciu książek. Zmarł po dwudziestu siedmiu latach życia monastycznego, w Bankoku, podczas konferencji – porażony prądem. Łooo…niezły gość. No to na chybił trafił…

“We czwartek poszedłem pracować i odgniotłem sobie wielki pęcherz na dłoni, wybierając błoto z rowu…” Rozumiem cię, chłopie. Przy tych schodach ciągle odgniatam sobie pęcherze… Może coś bardziej duchowego znajdę…

“Wydaje mi się najbardziej absurdalną rzeczą w świecie gnębić się tym, że jestem słaby i roztargniony (…) i ustawicznie popełniam błędy. “ Podoba mi się… “Czy Bóg kocha mnie dlatego, że nie umiem stać się świętym o własnych siłach i na swój sposób? On kocha mnie bardziej dlatego, że jestem tak niezgrabny i bezsilny bez Boga.” Coś czuję, że mnie wciągnie kolega Merton.

Zaczytany Papillon nie zauważył, kiedy w drzwiach pustelni stanął jego drogi mistrz.

– Papillon? Mogę wejść?

– Świetny ten Merton, ojcze! Ekstra gość!

– Rzeczywiście…Słuchaj, mam do ciebie sprawę.

– Dawaj, abba.

– Ojciec Albert, trapista, wycenił nam renowację na dwadzieścia tysięcy….

– Co? To byśmy sobie samochód kupili! – cena renowacji wbiła Papillona w krzesło.

– Byśmy sobie kupili, gdybyśmy mieli dwadzieścia tysięcy i gdybyśmy bardzo potrzebowali samochodu, ale ….teraz Matka Boża potrzebuje renowacji….

– I..?

– Radziłem się mojego dobrego przyjaciela, ojca Hieronima. Zna się, jest ekonomem dużego opactwa. Powiedział, że uzbierali ostatnio bardzo dużo pieniędzy i doradził mi jak to zrobić. Jesteś mi do tego potrzebny.

– Ojcze…mam kwestować? – z drżeniem zapytał Papillon.

Motylion popatrzył uważnie na ucznia. Naprawdę nie chciał wystawić Papillona na pożarcie facebookowi. Ale nie było wyjścia.

– Tak jakby. Musimy założyć stronę naszej pustelni na Facebooku i utworzyć jakieś wydarzenie…no…ojciec Hieronim ci wszystko wytłumaczy. Ale ty musisz być za to wszystko odpowiedzialny…

– Motyla noga! Za przeproszeniem, ojcze. A to numer!

– Znasz się na tym, prawda?

– No….znam się, znam…- odpowiedział z przekąsem Papillon.

– To zadzwonimy razem do ojca Hieronima i on ci to wszystko wyłoży. A teraz na modlitwy, dziecko, na modlitwy…

– Co za numer….nie ma żartów…dwadzieścia tysięcy facebookiem…będzie robota…chciałeś internet – masz internet..

Po nieszporach Papillon wrócił do pustelni. Przebrał się, zrobił sobie herbatę i zaczął czytać “Znak Jonasza” Mertona. Książka otworzyła się na 103 stronie.

– O, Merton o pogodzie…: “ bardzo gorąco. Ptaki śpiewają a mnisi się pocą..” Widać, że nowicjackie życie wszędzie takie samo…. A tu..

“Pierwszym odruchem w każdej modlitwie, łącznie z wiarą w Jego obecność, winno być pragnienie poznania Jego woli i całkowite poddanie się Jego zamiarom względem nas. Bez tego pragnienie kontemplacji doprowadzi jedynie do uderzenia głową w ścianę. A poddanie się – to pokój.”

Ta..- Papillon pokiwał głową i westchnął – z uderzaniem głową w ścianę nie mam problemów…

O autorze

Pomysłodawczyni i redaktor internetowego Magazyn Dobrych Treści (www.dommariam.com). Autorka tekstów (współpracuje z portalami DEON, eKAI) i redaktor treści internetowych. Storytellerka, czyli profesjonalna "opowiadaczka historii".
Koordynatorka trzech edycji Letniej Szkoły Biblijnej. wydawca programów radiowych (RMF FM), reporter (Polskie Radio KatowiceLife Festival Oświęcim), trener organizacji pozarządowej dla Fundacji Nowe MediaZarządza stronami firm na Facebooku. Prowadzi webinary, kursy językowe online, tworzy filmy edukacyjne.

1 odpowiedź »

Dodaj komentarz