Abba Motylion i…ani widu, ani słychu.

Ani widu, ani słychu

Otulony czterema kocami, w trzech swetrach i w dwóch parach skarpetek, w czapce i rękawiczkach, o trzeciej nad ranem, Papillon pomstował. Rozpoczynał się dzień szósty ekstradycji do rekluzji. Spojrzał w stronę niedojedzonych gotowanych ziemniaków i parsknął.

Dziś nie zajedzie, ziemniaczki się spalą, jarzynki rozgotują, a księcia ani widu, ani słychu…

Samotność miała niezwykłą moc wydobywania z Papillona obrazów i słów z przeszłości. Siedemnastoletni Papillon zapamiętał  francuską komedię „Ani widu, ani słychu” . Prowincjonalne miasteczko we Francji i Louis de Fune w roli kłusownika nielegalnie dostarczającego mieszkańcom upolowanej zwierzyny. Patrząc na rozgotowane ziemniaki, Papillon oczyma duszy widział upieczonego bażanta. Ale kłusownika z bażantem o trzeciej nad ranem na zapadłej polskiej wsi –ni vu, ni connu…

Tak też miały się sprawy z wyczekiwanym nawróceniem młodego ucznia abby Motyliona. Szósty dzień a oznak nawrócenia ani widu, ani słychu.

Ja swój!

Kwadrans po trzeciej rano Papillon usłyszał kroki. Kroki ustały. Rozległo się westchnięcie. Papillon zamarł.

-Jest tam kto? – Papillon postanowił przeczekać. -Wpuście. Ja swój. Wpuście!

Myśli pędziły w trybie turbo. A jeśli to wizytator podszywa się pod chłopa. Może sprawdza, jak tam z nawróceniem.  Czy przyjmę głodnego i kubek wody podam? Dobra. Wpuszczam! Niech mi!

-Już otwieram… – młody z trudem wstał z fotela, podszedł do drzwi. Serce biło niemiłosiernie. Ale sama myśl o tryumfującym wizytatorze wystarczyła do zebrania odwagi. Klucz, klamka. Otwarte.

W drzwiach stał chłop. Obdarty, trochę brudny i śmierdzący. Twarz miał przyjemną. Oczy łagodne.

-Dzięki Bogu są jeszcze dobrzy ludzie! Niech Wam Bóg pobłogosławi! – zawołał radośnie przygarbiony staruszek.

Papillon podsunął przybyszowi stołeczek. Dołożył drewna. Nalał wody do czajnika.

-O! Ziemniaczki! – zerknął w stronę resztek wyraźnie uradowany gość.

 

Królewska uczta

Papillon podgrzał resztki znienawidzonych ziemniaków. Podpiekł je w granku, dodał trochę wczorajszej cebuli i podał garnek chłopu. Wreszcie się ich pozbędzie.

-Uczta, moje dziecko, uczta! – Papillon zerknął. Bezimienny gość pochłaniał zawartość garnka rozanielony. Tak, on był w ogóle rozanielony.

-Dobrze, że smakuje. Jeszcze herbaty?

-Smakuje! Jeszcze jak! Oj tak. Dobry z ciebie chłopak. Dobry.

Papillon posmutniał.

-A to co się stało? Widzę, że smutny?

-A…nic takiego…

-Powiedz staremu. Zawsze to raźniej razem się posmucić.

 

Jak na spowiedzi

-…no i biskup dał mi siedem dni. A nie wiem nawet czy żałuję tego, co zrobiłem…

Gość milczał. Popatrzył na zapłakanego Papillona.

-A ja sobie myślę, że żałujesz. – zaczerwienione oczy Papillona popatrzyły na gościa.

– …

-Położyłbym się teraz…

Papillon podniósł się i rozłożył na swoim łóżku dodatkowe koce.

-Dobre z ciebie dziecko. -westchnął gość i wsunął pod warstwę kocy.

Papillon ułożył się w fotelu. Czuł się lekki, szczęśliwy. Chciał przeprosić ojca Piotra, przeprosić abbę Motyliona. Przeprosić Boga. Chciał ucałować niespodziewanego gościa. Pierwszy raz od sześciu dni spokojnie zasnął. Świtało.

Ani widu, ani słychu raz jeszcze

Papillon otworzył oczy. Czuł się tak lekko. Przez chwilę nie mógł sobie przypomnieć dlaczego. Zerknął w stronę swojego łóżka. Wszystko wygładzone, poskładane, kuchnia posprzątana. Obok łóżka garnek zawinięty w dwa koce. Papillon podszedł.

-Jeszcze ciepły…co on tu… – młody ostrożnie odwinął koce, poparzył się.

Chwycił pokrywkę i podniósł.

– Bażant! Pieczony bażant!!!

 

 

 

Dodaj komentarz