Abba Motylion. Koniec. Początek.

Podczas kiedy Papillon był jeszcze w głębokim lesie, Ojciec Piotr rozpoczął spotkanie braci w pustelni. Abba Motylion protestował, prosił żeby poczekali na Papillona. Ojciec Piotr jednak powiedział, że za godzinę musi być w kurii. Przedstawi decyzję biskupa, pożegna się z Iwanem i jedzie.  Iwan przekaże resztę, ma list polecający – tłumaczył ojciec Piotr. Nie było rady.

Abba Motylion i…Jan Chrzciciel

Jeżeli człowiek sam zabija się o to, by zdobyć dobra ziemskie, naraża się na cierpienie. I zaprasza diabła do tańca. Diabeł jest mistrzem w kuszeniu dobrami ziemskimi. Postawi Cię na skale i powie, że wszystko podda pod twoje stopy. Tylko mu się trochę pokłoń. Podnieś głowę. Podnieś głos. „Weź co twoje. Przecież ci się należy.”

Abba Motylion i…ani widu, ani słychu.

Papillon podgrzał resztki znienawidzonych ziemniaków. Podpiekł je w granku, dodał trochę wczorajszej cebuli i podał garnek chłopu. Wreszcie się ich pozbędzie. -Uczta, moje dziecko, uczta! – Papillon zerknął. Bezimienny gość pochłaniał zawartość garnka rozanielony. Tak, on był w ogóle jakiś rozanielony.

Abba Motylion i…separacja.

Konferencje dla braci głosił belgijski opat Manu. Tłumaczył brat Ryszard, trapista. Abba Motylion od dwóch dni odkurzał swój francuski. Opat Manu, jak przystało na dobrze wykształconego Belga z Flandrii mówił też oczywiście po francusku.
-Mon frère, ça va?- abt Manu zerknął w stronę abby.
– Oui, tout est bien.- Belgowi należała się odpowiedź w wersji oficjalnej. Tak, oczywiśćie, wszystko w porządku. W porządku, oczywiście, nie było.