Abba Motylion i…Jan Chrzciciel

Wszystkie miejsca zajęte

Był piątek. Dzień ostatni przed werdyktem o ekskomunice Papillona. Ostatni dzień na nawrócenie. Po wizycie staruszka w rekluzji, po zjedzonym bażancie i wysłuchanej modlitwie, po porządnym uderzeniu skruchy i żalu, po gruntownym sprzątaniu zapuszczonego domku na skraju ziemi niczyjej, Papillon był gotów do powrotu. Gotów był przeprosić ojca Piotra, przeprosić abbę Motyliona, gotów był odstawić swoje rozwiązania na naprawę świata. Był gotów. Czuł się gotów. Tymczasem pustelnia nie była gotowa na powrót Papillona.

W czwartek zadzwonił biskup z informacją, że ojciec Piotr wraca, żeby ocenić stan Papillona i zadecydować, co dalej. Razem z ojcem Piotrem przyjechał, przysłany również przez biskupa, postulant. Niespełna dwudziestoletni młodzieniec średniego wzrostu, wysokiej inteligencji i nieznanej bliżej prowieniencji. Pustelnię gościnną zajął ojciec Piotr. Dla postulanta, Iwana, nie było miejsca.

Pomiędzy biskupim młotem a wspólnotowym kowadłem

Abba Motylion został postawiony w sytuacji trudnej. Między diecezjalnym młotem a wspólnotowym kowadłem. W zasadzie były to dwa młoty. Abba mógł albo obrazić biskupa, odsyłając protegowanego młodzieńca, albo umieścić go w celi Papillona, nrauszając w ten sposób kruchą harmonię wspólnoty. Jeśli bracia zobaczą, że abba wpuszcza obcego do celi jednego ze swoich uczniów bez konsultacji z zainteresowanym, będą zadawać sobie pytania, ile jeszcze innych decyzji podejmuje ich abba bez konsultacji z nimi.  Czyli biskupi młot albo wspólnotowe kowadło. A między nimi abba. Na podjęcie decyzji mniej niż pół godziny.

Abba wszedł do pustelni Papillona. Na środku leżał koc, na kocu sterta brudnych ubrań. Pod krzesłem puste opakowanie po czekoladzie, w zlewie puste opakowanie po mydle. Biblia leżała otwarta na łóżku, zdążył uzbierać się na niej sześciodniowy kurz. Powietrze w celi, zapuszkowane przez te kilka dni, nosiło ślady ostatnich papillonowych kryzysów. Nikotyna, pot, i niedojedzona kiełbasa. Abba miał pół godziny na make over. Z zapuszczonej starej panny zrobić schludną gosposię.

-A więc pod młot wspólnoty. Zmiłuj się nade mną, Boże, w łaskawości swojej.

Ojciec Piotr i postulant Iwan przyjechali spóźnieni. Pozwoliło to abbie na umycie podłogi, przebranie pościeli i wyniesienie większości osobistych rzeczy Papillona, razem z zapasem papierosów i zapiskami z kryzysu pozostawionymi na biurku pod brudnym talerzem i kubkiem z niedopitą i spleśniałą już kawą.

Bulterier i wilk

Srebrne Audi zaparkowalo wprost naprzeciw wejścia do refektarza. Ojciec Piotr wyszedł pierwszy. Nie odwracając się rzucił zdawkowe „szczęść Boże” abbie Motylionowi i poszedł w stronę refektarza. I wtedy otworzyły się drzwi od strony pasażera. Abba najpierw zobaczył buty. Jaskrawozielone adidasy z markowym paskiem an boku. Za butami pojawiły się jeansy. Szerokie, bardzo szerokie. Wreszcie bluza. Na bluzie trupia czaszka. Abba nie zdążył przyjrzeć się czaszce, bo spod kaptura wydobył się głos – głęboki i wyraźny i arogancki baryton.

-Ojciec pomoże? – szaroniebieskie oczy lustrowały abbę.

Dwie godziny później abba, spocony i sfrustrowany, wszedł do kaplicy. Postulant Iwan zdążył wymusić na abbie dodatkowe dwa koce, poduszkę. Zaprezentował też swoje teologiczne przemyślenia oraz kilka zastrzeżeń co do rozkładu dnia. Wszystko tonem człowieka, który widział już wszystko. Ojciec Piotr był jak domowy bulterier. Postulant Iwan to był wilk, groźny. Iwan Groźny.

Głos wołającego na pustyni

Po Nieszporach abba zwołał wszystkich braci do oratorium przy swojej pustelni. Nie liczył na wiele. Nie spodziewał się, że jego słowa zmienią cokolwiek. Ale trzeba je było wypowiedzieć. Był zmęczony. Bardzo zmęczony. Nie widział rozwiązań, nie miał siły, nie miał wsparcia. W takich chwilach myślał o Jezusie,  o Maryi. Siły dodawał mu Józef. Myślał o Eliaszu.O Jeremiaszu. O Izajaszu. Przypominał sobie Jana Chrzciciela. To była jego najbliższa rodzina – tak o nich myślał.  Tego wieczora pomógł mu Jan Chrzciciel.

-Jeżeli człowiek sam zabija się o to, by zdobyć dobra ziemskie, naraża się na cierpienie. I zaprasza diabła do tańca. Diabeł jest mistrzem w kuszeniu dobrami ziemskimi. Postawi Cię na skale i powie, że wszystko podda pod twoje stopy. Tylko mu się trochę pokłoń. Podnieś głowę. Podnieś głos. „Weź co twoje. Przecież ci się należy.”  Rak naszych czasów. Signum temporis. Zaczynamy uważać, że nam się należy i to nalezy nam się teraz: uwaga, koc, dodatkowa porcja bigosu. Chętnie wierzymy, że nam się należy – lepsze jedzenie, większa cela, lżejsza praca. Jesteśmy przekonani, że się nam należy posłuch. Że nasze rozwiązania są najlepsze a opinie najtrafniejsze. I tak ślepniemy stopniowo. Przestajemy widzieć. Przestajemy słyszeć. Nasze uszy otwarte są nie na Boże wołanie. Otwarte są na pochlebstwa. A w pochlebstwach prym wiedzie diabeł.

Jan Chrzciciel woła do nas dzisiaj. Słowa Jana nie przynależą do przeszłości. Nie są kierowane do anonimowych mieszkańców ówczesnej „judzkiej krainy”. Jan woła do nas dzisiaj. Woła do mnie. Woła do was. Teraz nadeszła dla nas godzina powstania ze snu. Nie pokładajmy naszej nadziei w realizacji naszych planów. Nie budujmy na iluzji. NIe żyjmy roszczeniami. Naszym ratunkiem jest przebudzenie. Dziś. Teraz. Otwórzmy nasze serca na przebóstwiające światło a nasze uszy na głos Boży, który nas codziennie napomina wołając: Obyście usłyszeli dzisiaj głos Jego: nie zatwardzajcie serc waszych (Ps 96,8).

Początek Ewangelii o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym. Jak jest napisane u proroka Izajasza:
Oto Ja posyłam wysłańca mego
przed Tobą;
on przygotuje drogę Twoją.
Głos wołającego na pustyni:
Przygotujcie drogę Panu,
Dla Niego prostujcie ścieżki!

Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając [przy tym] swe grzechy. Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym. I tak głosił: «Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów.

Pomódlmy się.

Panie i Władco żywota mego!
Nie dawaj mi ducha próżniactwa,
zniechęcenia, chciwości,
panowania i gadatliwości,
Za to obdarz mnie, Twego sługę,
duchem wstydliwości,
skromności, cierpliwości i miłości,
O, Panie i Królu!
Spraw, abym widział
moje przewinienia
I nie potępiał brata mego.
Albowiem Tyś błogosławiony jest
na wieki wieków. Amen.

Autorka powieści Abba Motylion oraz scenariusza radiowego pod tym samym tytułem. Redaktor naczelna magazynu DOM MARIAM, właścicielka firmy Dom Mariam z Galilei. Pracowała jako wykładowca na warszawskim Colegium Civitas, trener dla Fundacji Nowe Media, wydawca programów radiowych w RMF FM, dziennikarka dla PR Katowice. Prowadzi warsztaty dziennikarskie dla młodzieży, koordynuje projekty dla oo. dominikanów w Ustroniu - Hermanicach. Zarząca stronami firm na Facebooku oraz witrynami www.

1 thought on “Abba Motylion i…Jan Chrzciciel”

  1. „Człowiek jest mocny dopóki nie jest kuszony.” str.83
    „Korzeniem wszelkiego zła jest chciwość.” str.84
    „Tym, co pokonuje szatana, jest brak napoju, pożywienia, snu. Niczego się szatan bardziej nie boi. ” str.106
    ” Wiele osób pobożnych, deklarujących, że kocha Boga, nienawidzi i lęka się samej myśli o ubóstwie” str.108
    Cytaty pochodzą z książeczki autorstwa Jana Budziaszka:
    „Do nieba idzie się…
    …nie dlatego, że nosiło się habit czy pisało mądre książki o Panu Bogu, ale dlatego, że było się dobrym jak chleb”, Kraków 1997.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.