Szkice o zaufaniu. Płacz.

Zgliszcza

Dziś jestem jak król Theoden, który właśnie został uwolniony spod wpływu zaklęcia Sarumana. Theoden, który szuka tego, który jest mu najdroższy – syna. I dowiaduje się, że syn umarł. Płaczę, tak jak władca Rohanu w filmie. Opłakuję własnego „syna”.

Moje zaklęcie trwało osiem długich lat. Zaczęło się od nowotworu, potem weszła depresja. Gdy depresja zelżała – znowu dały o sobie znać problemy zdrowotne. Ostatnio znów, po raz drugi w życiu, przyjęłam sakrament chorych.

Zaklęcie zostało zdjęte, a ja widzę, że nie ma mojego „syna”. Umarł. Nie ma tego, co budowałam. Są zgliszcza. Tereny, które leżały już odłogiem, które są gotowe do tego, by zacząć na nich na nowo coś budować, uprawiać. Mimo wszystko – wciąż – to są zgliszcza.

Opłakuję więc to, co umarło. To, czego już nie odzyskam. To, na co już nie mam szans.

Decyzje

Opłakuję to, że przez pierwsze lata dorosłego życia zamiast żyć własnym życiem żyłam tym, na co pozwalała mi choroba. Że dopiero teraz czuję jakąkolwiek kontrolę nad swoim życiem. Że dopiero teraz czuję, że to ja podejmuję decyzje. Że dopiero teraz jest konkretne: „ja”.

Płaczę nad straconymi latami, kiedy zamiast bawić się ze znajomymi byłam zamknięta w czterech ścianach. Płaczę, że zamiast cieszyć się beztroską, myślałam o życiu, o tym, jak przetrwać czas „piekła”, jakim była dla mnie depresja.

Naprzód w tył zwrot

Płaczę nad tym, że dopiero teraz potrafię budować relacje dojrzałe. Płaczę nad ludźmi, których zraniłam zmagając się z życiem, nad tymi, którzy odeszli nie mając sił, by mi towarzyszyć. Płaczę nad swoimi błędami i nad błędami innych, w konsekwencji których robiłam ileś kroków wstecz, choć niewiele brakowało, bym z pomocą drugiego człowieka zrobiła krok naprzód. Płaczę nad tym, że byłam jak dziecko, całkowicie zależne od dorosłych wokół mnie.

Płaczę widząc, jak życie poszło do przodu. Płaczę widząc, jak ludzie dookoła mnie wybrali już swoją drogę. Rodzą się im dzieci bądź wchodzą po kolejnych stopniach zakonnego zaangażowania. Płaczę, ponieważ wychodząc z tego kryzysu, odbudowując swój świat nawet nie mam przestrzeni na rozeznanie, którędy iść. Nie mam jak spotkać kogoś, kto mógłby stać się moim mężem, o ile taka jest Boża wola.

Cierpkie owoce

Płaczę, ponieważ wiele sił przeznaczam na porządkowanie życia zawodowego, ale daje to wciąż owoce małe i cierpkie. Płaczę, ponieważ nie wiem już, co robić dalej. Brakuje mi stabilizacji.

Płaczę, ponieważ chcę już być poza kryzysem. Uporać się z konsekwencjami zaklęcia, pod którego wpływem byłam tyle czasu. A na razie widzę tylko te zgliszcza. Jak Theoden, nie myślę o tym, co dalej. Nie myślę o armiach Saurona i Sarumana, które zaraz mogą zniszczyć Śródziemie. Myślę o tym synu, któremu nie przywrócę już życia.

Płaczę, ponieważ mam prawo do płaczu. Prawo do żałoby nad tym, czego nie przeżyłam, choć chciałam przeżyć. Nad tym, czego nie doświadczyłam, choć chciałam doświadczyć. Nad tym, że zamiast być w tej mojej „normalności” wciąż do niej dążę. Płaczę, ponieważ spotykam się zbyt często z niezrozumieniem, brakiem wyrozumiałości, obojętnością. I jest mi z tym ciężko.

Płaczę i oddaję ten płacz Bogu. Wraz ze smutkami, żalem, niespełnionymi nadziejami, straconymi marzeniami. Te wszystkie myśli, emocje, lęki i obawy są naturalne, są ludzkie i mam do nich jak najbardziej prawo.

W stronę nadziei

Mam jednak również prawo do tego, by jako dziecko Boże, kiedy już skończę opłakiwać siebie i swoje straty, skierować się ku nadziei. Prawo do tego, by być jedną nogą w tym, co ludzkie, ale drugą stać już w tym, co Boskie.

W końcu ci, „którzy we łzach sieją, żąć będą w radości” (Ps 126).

1 thought on “Szkice o zaufaniu. Płacz.”

  1. Wiem coś o tym…Mi pomógł Bóg przez dobrych ludzi.Ufam Mu do granic możliwości !

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.