W poprzednim odcinku…

Papillon cichutko zakradł się i schował za kolumną. W półmroku widział tylko zarys habitu, słoik z dżemem, resztki fancuskiego Brie i rozbitą butelkę po winie. Bukiet bogaty, wino pewnie z górnej półki. Dosłownie. Nad resztkami Brie pochylał się habit. Papillon chwycił ręką habit, drugą zapalił światło. I wtedy oniemiał…

-Abba?

Mistrz na kolanach i to nie w kaplicy ani nawet nie przy sznurowaniu sandałów. Mistrz na kolanach szukający ekstazy w serze pleśniowym i winie. Mistrz tarzający się w malinowym domowym dżemie. Im dłużej uczeń patrzył na mistrza, tym trudniej było mu oddychać. 

O sapientia! 

O Mądrości, która wyszłaś z ust Najwyższego, Ty obejmujesz wszechświat od krańca do krańca i wszystkim rządzisz z mocą i słodyczą; przyjdź i naucz nas dróg roztropności.

-Tak. Atak paniki. Wiedziałem. – Papillon trzeźwo ocenił swoją sytuację – do domu, do celi, teraz! 

Minęły dwie godziny. Papillon nadal leżał. Leżenie nie pomagało. Ale siedzenie też nie pomagało. Chodzenia nie próbował bo to wydawało się niemożliwe. Przerażenie, frustracja, wściekłóść i panika: co teraz?!!!

Abba podtrzymywał jego gorliwość. Był tym, który wspierał, pokazywał drogę, był wzorem! Mówił czasem o łagodności i miłosierdziu wobec własnych słabości, ale bez przesady! To nie znaczy, że można bez wiedzy przełożonego…a no tak, abba jest przełożonym…tak czy owak nie można i tyle!

Przed zamkniętymi oczami Papillona wisiała siekiera a nad nią unosił się złowrogi napis: CO TERAZ?!

O Adonai!

O Adonái et Dux domus Israel, qui Móysi in igne flammæ rubi apparuísti, et ei in Sina legem dedísti: veni ad rediméndum nos in brácchio exténto.

O Adonai, Wodzu Izraela, Tyś w krzaku gorejącym objawił się Mojżeszowi i na Syjonie dałeś mu Prawo, przyjdź nas wyzwolić swym potężnym ramieniem.

Papillon zasnął. Jak to bywa w takich sytuacjach uczeń zinterpretował wydarzenie na swój sposób. Tak jak to bywa wtedy, kiedy widząc w kościele panią w szpilkach i sukience mini uznajemy, że to karygodne, potem karę wymierzamy sami oczerniając ją po wyjściu z kościoła i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku uczestniczenia w niedzielnej mszy świętej idziemy zjeść obiad. A ta pani tak na codzień opiekowała się chorą mamą i próbowała poradzić sobie z depresją po odejściu męża. Na przykład. Albo i nie. Albo po prostu ubrała się wyzywająco. I co z tego?

Papillon złorzeczył w duchu. Oburzał się, unosił gniewem, opadał z sił…Uczeń oskarżył mistrza o coś, co sam chętnie by zrobił ( szczególnie ten ser…) nie podejrzewał nawet, że jego mistrz gromadził w ukryciu przed uczeniem prezent pod choinkę dla rodziców Papillona, którzy mieli odwiedzić pustelnię następnego dnia.

Tak. Abba chodził na czworaka bo chcąc zrobić Papillonowi niespodziankę gromadził prezenty.

O Radix!

O Radix Iesse, qui stas in signum populórum, super quem continébunt reges os suum, quem gentes deprecabúntur: veni ad liberándum nos, iam noli tardáre.

O Korzeniu Jessego, który się wznosisz jako znak dla narodów, przed Tobą zamilkną królowie, a ludy będą się modlić do Ciebie, przyjdź nas wyzwolić już dłużej nie zwlekaj.

Małe toto, leży w szopce, jakieś zwierzaki się pałętają, Mama chyba zmęczona. Jacyś pasterze. Zamieszanie. Ale generalnie nic takiego, można by przejść obok i iść dalej w kierunku jakiejś metropolii, ewentualnie na chwilę zatrzymać się z ciekawości. 

Na pierwszy rzut oka nic się nie dzieje. Chociaż Mamę mogliby ukamieniować ( ale na szczęcie mąż słuchał Boga) . Mama urodziła i  cóż i nikt nie dotarł do szopki, żeby ją oskarżać – Ją – Niewinną. Dziciątko słodkie, ale przecież tylko Dzieciątko? Mama przytula. 

W szopce przy drodze świat właśnie otrzymuje Zbawiciela. W szopce, w trakcie wędrówki z przymusu. Przychodzi nieskończona Miłość w ludzkim malutkim ciele, która zamieszka pośród nas. Miłośc, która przebaczy nam wszystko i zawsze. Nawet oskarżenia, podejrzliwości, nienawiść, przemoc. Wystarczy nam poprosić o to przebaczenie. A potem odrzucić nasze podejrzenia wobec dobra. 

O Clavis! 

O Clavis David, et sceptrum domus Israel; qui áperis, et nemo claudit; claudis, et nemo áperit: veni et educ vinctum de domo cárcerís, sedéntem in ténebris et umbra mortis.

O Kluczu Dawida i Berło domu Izraela, Ty który otwierasz a nikt zamknąć nie zdoła, zamykasz a nikt nie otworzy, przyjdź i wyprowadź z więzienia człowieka pogrążonego w cieniu śmierci.

Papillon obudził się z dziwnym przekonaniem, że wszystko jest dobrze. Nie pamiętał dlaczego zasnął tak przerażony i zły. Dopiero po chwili przypomniał sobie poranek. I wtedy zobaczył jak bracia nieśli choinkę…

Choinka. Obok choinki stała piękna figura Maryi, a na specjalnie wyrzeźbionej przez brata Alberta kołysce leżało małe Dzieciątko. Papilona ogarnął głęboki jak Bajkał i Grand Canion razem wzięte POKÓJ.

Był 17 grudnia. I tak jak roku od tego dnia bracia będą wyśpiewywali Wielkie Antyfony. Każda z nich przybliżająca do Narodzenia, aż wyśpiewają: „O Emmanuel!”

O Oriens!

O Oriens, splendor lucis ætérnæ et sol iustítiæ: veni, et illúmina sedéntes in ténebris et umbra mortis.

O Wschodzie, Blasku światłości wieczystej i Słońce sprawiedliwości, przyjdź i oświeć żyjących w mroku i cieniu śmierci.

O Rex!

O Rex géntium et desiderátus eárum, lapísque anguláris, qui facis útraque unum: veni et salva hóminem, quem de limo formásti.

O Królu narodów przez nie upragniony, kamieniu węgielny Kościoła, przyjdź zbaw człowieka, którego utworzyłeś z prochu ziemi.

O Emmánuel

O Emmánuel, rex et légifer noster, exspectátio géntium et salvátor eárum: veni ad salvándum nos, Dómine Deus noster.

O Emmanuelu, nasz Królu i Prawodawco, oczekiwany zbawicielu narodów, przyjdź, aby nas wybawić nasz Panie i Boże.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s