Smutek a terapia u Ewagriusza

Smutek zdaje się być epidemią wieku. Wirusem rozprzestrzeniającym się  i opornym na szczepionki. Nie pomaga przyjemność tam, gdzie nic już nie sprawia przyjemności.

Ewagriusz – terapeuta po przejściach?

Ewagriusz żył w wieku IV, pochodził z Pontu, czyli z północnych terenów dzisiejszej Turcji.

Uczeń św. Bazylego św. Grzegorza z Nazjanzu, świetnie wykształcony, diakon w Konstantynopolu. Wytrawny mówca.  Jego popularność i w konsekwencji zapewne brak czujności, doprowadziły do wydarzenia, które zmieniło życie celebryty Ewagriusza na dobre. Zakochał się (ze wzajemnością!) w żonie bogatego obywatela miasta.

Relacja, w którą się uwikłał i która zapewne doprowadziłaby do niechlubnego końca tego, dziś uważanego za jednego z pionierów monastycyzmu mnicha, zakończyła się dzięki interwencji Boga. Sen. Jeden sen, w którym Ewagriusz zobaczył siebie w więzieniu ( możemy, na własne potrzeby, zinterpretować owo więźienie jako zniewolenie przez grzech) doprowadził do zmiany, obranego przez Ewagriusza, kierunku.  Anioł, posłaniec Boga, pokazał mu we śnie Ewangelię i obiecał, że zostanie uwolniony jeśli przysięgnie opuścić miasto. Ewagriusz złożył przysięgę we śnie, a rano zrozumiał, że tej przysięgi dotrzymać po prostu musi.

I tak, z jasnym umysłem i mocnym postanowieniem poprawy, Ewagriusz wsiadł na statek i udał się do Jerozolimy. Na miejscu zaopiekowała się nim arystokratka, Melania.

Ale, jak to bywa z mocnymi postanowieniami i brakiem czujności, Ewagriusz szybko dał się zwieść i zniewolić dawnym nawykom. Modne stroje, towarzystwo pięknych kobiet – krótko mówiąc –  prowadził życie nader światowe.

Tym razem interwencja Boża nie była już tak łagodna. Ewagriusza, folgującego swoim nawykom, dopadła tajemnicza choroba, której nie potrafili zdiagnozowac lekarze.

Jego uczeń, Palladiusz, tak opisuje symptomy:

Jego serce doświadczało wątpliwości i było rozdarte. Młodość, która w nim wrzała, bogactwo wiedzy w słowie, przebieranie się w piękne i rozmaite stroje – zmieniał je dwa razy na dzień – sprawiły, że popadł w pychę i przyjemności ciała. Ale Bóg, który nigdy nie dopuszcza do zguby swoich wybranych, zesłał nagle febrę na niego, tak że nabawił się ciężkiej choroby; jego ciało stało się wyschłe jak trawa. Choroba ta sprawiała w nim tajemne cierpienia, tak że lekarze byli bezradni wobec tych nieszczęść i nie mogli go uleczyć.

Święta Melania rzekła do niego: „Mój synu, Ewagriuszu, ta przewlekła choroba nie podoba mi się. Nie ukrywaj przede mną swoich myśli. Być może mogłabym ciebie uleczyć. Wyjaw odważnie swoje myśli, gdyż widzę, że ta choroba nie przyszła na ciebie bez Bożego przyzwolenia”. Wtedy odsłonił przed nią wszystkie swoje myśli. Rzekła do niego: „Daj mi słowo, że nałożysz habit mnicha i chociaż jestem grzeszną kobietą, będę prosić Boga, aby łaskawie obdarzył cię zdrowiem”. Dał jej swoje słowo i po kilku dniach wyzdrowiał, wstał, nałożył habit i wyjechał, udając się w podróż na górę Pernoudj w Egipcie.

Narzędziem w ręku Boga została, nie po raz pierwszy, kobieta. Ewagriusz zwierza się kobiecie. Odsłania przed nią ciemne strony duszy. Ona obiecuje modlitwę, ale stawia warunek – Ewagriusz musi podjąć radykalną decyzję – musi zostać mnichem.

Aż trudno uwierzyć, że ten celebryta i człowiek światowy nie dość, że zgadza się na takie warunki, ale też dotrzymuje słowa. Zdrowieje, resztę życia spędza na pustyni, umiera w uroczystość Objawienia Pańskiego w 399 r.

Pustynia, jak zwykle, nie jest jednak bezpiecznym portem. Jest polem walki. Ewagriusz musi zmierzyć się z demonami, ze swoimi ciemnościami. Pustynia nie jest ucieczką przed tym, co trudne. Jest wejściem w jądro ciemności. Jedynie stając wobec tej ciemności – bezradny Ewagriusz – może prosić Boga o ratunek. Ewagriusz mierzy się z pytaniem o to, na ile o zwycięstwie decyduje łaska Boża a na ile wola. Ile potrzba do zwycięstwa łaski a ile własnego wysiłku? Czy narzucona sobie asceza jest w stanie zapewnić zwycięstwo.

Na tej linii – między łaską a własnymi wysiłkami – rozgrywa się osobna bitwa.


W niewoli smutku.

Spełnia destrukcyjną rolę, zarówno względem duszy, jak i ciała. Szkodzi duchowi, zżera wnętrze człowieka, rani jego duszę, przynosi strapienie, spędza sen z powiek, jest „robakiem toczącym ciało”. Potrafi długi czas trapić człowieka, pozbawiając go radości i odwagi (por. O ośmiu duchach zła 11, 12, t. 1)

 

Smutek ogranicza rozum i wolę.  Uderza w najgłębsze jestestwo człowieka. Pokrewną namiętnością, do której prowadzi bezpośrednio, jest stan acedii, czyli stałego zniechęcenia i oziębłości. Pragnienie lub rzeczywista ucieczka z miejsca, w którym jesteśmy. W skrajnych przypadkach – ucieczka z ciała – samobójstwo. Zaniechanie wytrwałości. Sami odchodzimy, czy to przez gniew, czy przez pychę, czy smutek.

 

Czuwajcie!

„Smutek nie dosięgnie serca czystego, bowiem ono odepchnęło od siebie daleko zgubne pragnienia” 4. Wolność od namiętności czyni z nas wieżę „niedostępną dla demona smutku” (O praktyce ascetycznej 19, t. 1). „Nie złamie smutek, gdy nie ma innych namiętności, jak również więzy, gdy nie ma tych, którzy wiążą. […] Kto pokonał pożądanie, pokonał namiętności; nie będzie opanowany przez smutek” (O ośmiu duchach zła 11, t. 1). „Niechęć do przyjemności ucisza smutek tego świata” (Pouczenie dla mnichów 5, t. 2)

/Ewagriusz z Pontu/

 

Sposobem na usunięcie przyczyny smutku, ma być apatheia – wolność od namiętności. Jej siostrą jest czystość serca. Czytość serca pokonuje smutek. Im bardziej czyste jest serce, wolne od pożądliwości, tym łatwiej zaakceptować to, co jest. Tym łatwiej o dobrowolną rezygnację. Ta dorowolna rezygnacja wyzwala. Jednak po wyzwoleniu serca z namiętności, ich miejsce musi zająć dobro. Muszą znaleźć się tam cnoty.

 

 Cnotą występującą bezpośrednio przeciwko smutkowi, a związaną z miłością, jest radość. „Jeśli chcesz zwyciężyć smutek i gniew, weź w ramiona wielkoduszność miłości, zdobądź dla siebie radość płynącą z prawości” (Traktat dla Eulogiusza mnicha 7, t. 2). „Jeśli więc zdobędziemy wśród trudów radość pełną pokoju, [to] przy jej pomocy odpędzimy przychodzące na nas rzeczy przykre, trwając w dziękczynieniu, i nie wpuścimy ryczącego demona smutku, który zwłaszcza w utrapieniach tworzy jakby przyczółek i atakuje duszę…”. Ona smutek „jakby zatapia w morzu” (Traktat dla Eulogiusza mnicha 6, t. 2).

W każdym położeniu dziękujcie!

Dziękczynienie wypędza smutek. Dziękczynienie kieruje wzrok naszego serca na dobro. Ukierunkowuje nas na Boga.

Wytrwałość w dziękczynieniu prowadzi do wytrwałości w miłości. Zły duch kusi nas do smutku i zniechęcenia. Kusi nas do zaniechania dobra. Zaniechania dziękczynienia. Mnich nie ostanie się na pustyni bez wytrwałości.

Najniebezpieczniejszym posunięciem jest wtedy podejmowanie decyzji, szczególnie tej o opuszczeniu dotychczasowego miejsca lub sposobu życia w afekcie, w strapieniu, w emocjach.

Żeby uchronić się przed takim błędem potrzebna jest cierpliwość.

Nieustannie się módlcie!

Doskonałość chrześcijańska zakorzeniona jest w Bogu: wszelkie cnoty w Nim znajdują swoje źródło i On pozostaje największą pomocą w wykorzenianiu zła smutku. Jeśli chcesz przezwyciężyć smutek, wejdź w głęboką relację z Bogiem. Każda z powyższych cnót służy ostatecznie ugruntowaniu związku z Nim: „Kto kocha Pana, będzie wolny od smutku, bowiem doskonała miłość usuwa lęk” (O ośmiu duchach zła 12, t. 1; por. 1 J 4, 18).

Tarczą przeciw demonowi smutku jest niewątpliwie modlitwa. Arsenał cytatów z Biblii, psalmy recytowane z pamięci, modlitwa Jezusowa. To tylko kilka sprawdzonych przez ojców pustyni sposobów na złe myśli. Trzeba starać się odeprzeć pokusę Słowem Bożym.

 

Nie było w czasach Ewagriusza dostępu do psychoterapii par excellence. Zaznaczając rolę bliźniego w leczeniu smutku innych, mnich z Pontu – jak się wydaje – nie odrzuciłby takiej pomocy. Nasz autor dość chętnie korzystając z filozofii, w tym także stoickiej, nie pogardziłby i psychologią, która o wiele później wyodrębniła się w osobną dziedzinę. Odrzuciłby ją jednak stanowczo, gdyby miała stanowić jakąś alternatywę dla teologii.

 

Zatem, uzbrojeni w Słowo Boże, wytrwałość, cierpliwość i czujność bądźmy gotowi przyjąć pomoc osób bliskich, ale też lekarzy. Możemy postawić hipotezę, zaznaczoną na początku, że Ewagriusz był jednym z lekarzy, ale był też pacjentem. Jak wielu innych przed nim i po nim, mierzył się ze swoimi ciemnościami na pustyni. Starał się zaradzić chorobom innych, ale żeby móc leczyć, musiał poddawać się leczeniu. A Tym, który leczył go i umacniał był Jezus Chrystus.

Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają (Mt 9,12 )

______

Literatura:

L. Nieścior OMI, „Smutek w nauce Ewagriusza z Pontu” Życie Duchowe, LATO 59/2009,

Apoftegmaty Ojców Pustyni, TYNIEC Wydawnictwo Benedyktynów

 

Dodaj komentarz