-Motyla noga! -mruczał do siebie podirytowany Abba Motylion.
Powodem irytacji abby były jednak nie motyle, ale króliczki. Króliczki przebrane były w kostiumy różnej maści. A to przeciekał dach pustelni, a to brat bez zasięgnięcia rady starca pozamawiał liny na koszyki ( a nie było za nie jak zapłacić), a to dawny znajomy podesłał mu do pustelni jakiegoś świeckiego, licząc na to, że się go tym sposobem pozbędzie. Pięć minut później dzwonił do starca uczeń, którego ojciec zapadł na rzadko spotykaną chorobę i kiedy abba uporał się i z tym, zza rogu kątem oka zobaczył Papillona…z kolejnym króliczkiem.
Króliczki są, jak powszechnie wiadomo różne, ale mają jedną cechę wspólną – mnożą się na potęgę. Dziś widzisz jednego, następnego dnia masz pod drzwiami cały zastęp. Nadszedł punkt krytyczny. Abba, zmęczony lataniną postanowił pojechać w siną dal, daleko, jak najdalej od króliczków. Na rowerze.
Było to w sobotę poprzedzającą piątą niedzielę Wielkiego Postu. Krzyże w pustelniach, starym zwyczajem, zostały zasłonięte. Na drodze do lasu pustki. Starzec przez pierwsze pięć kilometrów pędził na górskim rowerze, nie patrząc na prawo i lewo. Potem zwolnił. Znał tę trasę dobrze, jeszcze z czasów, kiedy odkrył na nowo i bardzo boleśnie, tajemnicę Triduum Sacrum.
Kilkanaście lat wcześniej poproszono go o przejęcie terenów pustelni i bycie ojcem kilku uczniów, którzy wtedy zamieszkiwali okoliczny klasztor. Wspólnota nie była już w praktyce wspólnotą tylko garstką zdziczałych samotników, budynki wymagały remontu, poprzednik rozpoczął kilkanaście rzeczy, z których wszystkie prowadziły do bliskiej katastrofy.
Abba Motylion nie znał wtedy jeszcze swoich granic. Widział przed sobą wszystkie niezałatwione sprawy, braci którzy żyli pod jednym dachem, ale osobno, świeckich którzy czekali na to, aż obietnice dane przez poprzednika zostaną spełnione. Wziął to wszystko na swoje barki i zaczął uganiać się za króliczkami.
Powoli stawiał pustelnię i klasztor na nogi. Tylko on sam padał z nóg. Aż nadszedł kryzys. Wielki Post. Życie surowsze, modlitw więcej, więcej spowiedzi i spraw. To, co jeszcze do niedawna już, już wydawało się działać -teraz ponownie się waliło. A abba Motylion nie potrafił już się modlić. Przytłoczyły go lęki o jutro, lęki o dziś i paraliż.
Przychodził rano do kościoła i klęczał beznamiętnie, bezmyślnie. Przez godzinę. Klęczał i nic nie czuł. Klęczał i nie był juz pewien co dalej. Zbliżało się Święte Triduum. Tajemnica Męki, Zstąpienia do otchłani i Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa.
Nadszedł Wielki Czwartek.
Ostatnia Wieczerza Chrystusa z Apostołami, ustanowienie Eucharystii i sakramentu kapłaństwa. Chrystus umywa nogi Apostołom i wskazuje na zdrajcę, wygłasza do uczniów przemówienie i modli się do Ojca za nimi, zapowiada swoją mękę i śmierć. Udaje się na Górę Oliwną do ogrodu Getsemani i tam w oczekiwaniu na siepaczy przeżywa mękę konania i krwawego potu. Jest aresztowany.
W ten dzień, przeszyty tajemnicą bólu i cierpienia, opuszczenia, zdrady i wreszcie poddania się woli Ojca, stał się preludium do jednego z najistotniejszych wydarzeń w życiu abby Motyliona.
W swojej bezradności abba czekał na zbawienie, którego nie mógł sam sobie załatwić, którego nie mógł ogarnąć, ani zrozumieć do końca. Ale w które wierzył i któremu zawierzył swoje życie. Zawierzył je Temu, który już go zbawił.
Tak rozpoczął przeżywanie Triduum Sacrum te kilkanaście lat temu. I przeczuwał, że przyszedł czas na kolejny krok i głębsze zanurzenie się w Tajemnicy. Wiedział też, że nie zrobi tego kroku inaczej jak tylko w ciemności. I na nią, na to, że nie będzie widział drogi, na to, że będzie musiał całkowicie zaufać Chrystusowi musiał się zgodzić. Nie było dla niego innego wyjścia.
Abba zsiadł z roweru, wyjął brewiarz. była pora Nieszporów.
Którą wznosimy przez dni czterdzieści.
Których chorobą są własne grzechy.
Z tym, co nam grozi wieczystą zgubą.